Opublikował w internecie w dn. 13.03.2010 r. Edward Klimczak

ROMAN ŻELAZNY — TW peerelowskiej ubecji i MSZ w zachodnioberlińskim Poglądzie

Roman Żelazny jest obecnie (2010 r.) wydawcą powiatowej gazety "Echo Krasnegostawu".

W grudniu 2008 roku otrzymałem z waszawskiego IPN dokumenty świadczące o tym, że redaktor Poglądu Roman Żelazny, pracujący w piśmie w latach 1984-1987, był w kraju tajnym współpracownikiem UB, a po wyjeździe do Niemiec został przejęty przez MSZ w tej samej roli agenta. Z powodu ciężkiej choroby, o której piszę na jednej ze swoich stron internetowych, nie znalazłem sił, aby zdemaskować Żelaznego wcześniej na swoich stronach w internecie. Zebrawszy się z siłami czynię to dopiero teraz pod naciskiem Ryszarda Dąbrowskiego, któremu słusznie nie podoba się to, że bez komentarza publikuję esej Żelaznego o Poglądzie. A wię po kolei:

  1. Dokumenty IPN ujawniające Żelaznego jako TW (Żelazny - agent)
  2. Mój komentarz dot. współpracy z Żelaznym
  3. Dr Marek Ciesielczyk, autor wydanej przez Pogląd książki KGB, identyfikuje Żelaznego, dziennikarza RWE jako agenta:
    http://209.85.129.132/search?q=cache:yIUTjrCB6GQJ:www.videofact.com/ciesielczyk6.htm+Roman+Żelazny&cd=87&hl=pl&ct=clnk&gl=pl
  4. Moja korespondencja internetowa

AferaZelaznego
Aby powiększyć, kliknij w minaturę!

POGLĄD – wydanie 134-135 z sierpnia 1987 roku, redaktor Roman Żelazny

Komentarz

Ujrzawszy wydanie Poglądu nr 135-137 P.T. Prenumeratorzy i Czytelnicy pewnie — tak samo jak i ja — nie wierzyli własnym oczom, bo zamiast magazynu politycznego, otrzymali – sądząc przynajmniej po okładce – magazyn erotyczny. Taką stronę tytułową wykreował pod moją nieobecność Roman Żelazny, tym razem jako redaktor całkowicie odpowiedzialny za podwójne 135-136 wydanie naszego magazynu politycznego. Po pięciu latych bezurlopowego wydawania Poglądu, tj. po raz pierwszy od ogłoszenia stanu wojennego w Polsce (12.13.1981 r.), przestałem się "mieszać w sprawy redakcyjne" (por. artykuł Romana Żelaznego, ówcześnie redaktora odpowiedzialnego "Z piwnicy na Katzbachstraße do Ogrodu Angielskiego", str. 219,
http://www.poglad-berlinwest.de/Poglad.Wydania/SpalteRechts/osobie/Poglad.Zelazny.html

i wyjechałem na urlop. Dzisiaj, po dwu dekadach kapitalistycznych seks- i pornoshopów, nagość w nawet katolickiej Polsce mało kogo szokuje. Wtedy jednak miałem obiekcje, czy taki właśnie Pogląd można sprzedawać przed polskimi kościołami w Niemczech i wysłać jak zwykle w liczbie stu egzemplarzy do watykańskich księży w Rzymie, którzy wieźli go do kraju i rozprowadzali wśród znajomych i przyjaciół. Żelazny nie podzielił mojej krytki, bo uważał, że księża to też mężczyźni i ucieszą się widokiem fajnego tyłka. Wówczas oceniłem to jako bezmyślność i brak wyobraźni nie licującą z naszymi celami, ambicjami i powagą pisma. Dzisiaj, w obliczu dokumentów IPN-u świadczących o współpracy Żelaznego z UB i tajnymi służbami peerelowskiego MSZ patrzę na to inaczej. Nasuwa się brzydkie podejrzenie, że była to po prostu prowokacja. Musieliśmy się więc rozstać, tzn. zwolniłem Żelaznego ze stanowiska redaktora, co on zaakceptował, bo miał już na horyzoncie sekcję polską RWE w Monachium.
Spotkaliśmy się ponownie prawie dwadzieścia lat później w Ambasadie RP w Berlinie na bankiecie i uroczystości nadania mi i kilku innym osobom Medalu "Solidarności" z okazji 25-lecia rocznicy powstania Związku. Roman przyjechał ze swojego rodzinnego Krasnegostawu, gdzie wydaje powiatową gazetę "Echo Krasnegostawu", opublikował w niej obszerne sprawozdanie z tej imprezy, w którym piał peany na moją — i swoją — cześć, no bo mamy przecież "zasługi".
Jego dziennikarska działalność w rodzinnym mieście odbija się echem w internecie, gdzie zarzuca mu się ubeckie metody pracy, por.:
http://www.krasnystaw-powiat.pl/main.php?command=4&menu=aktualnosci&nr_info=280

"Gdzie i w jakich okolicznościach nauczył się praktyki wymuszeń i szantażu w zawodzie dziennikarskim. Na pewno takimi metodami nie posługiwała się Polska opozycja niepodległościowa. Na pewno nauczycielami w tym zakresie nie był prof. Najder czy Kułagowski z Radia Wolna Europa. Czy odpowiedź na to pytanie kryje się w aktach osobowych będących w zasobach I.P.N. pod sygnaturą TAJNY WSPÓPRACOWNIK BU 00170/49." (cytat bez poprawy literówek – Ked)
Autorem pierwszego artykułu jest wicestarosta krasnostawski Andrzej Kmicic, zaś artykuł prezentowany jest na oficjalnej stronie internetowej Starostwa Powiatowego.
A oto inne linki - echa działalności Żelaznego w "Echu":
http://www.krasnystaw-powiat.pl/main.php?menu=aktualnosci&command=4&nr_info=181
http://www.agw.bzzz.net/wydawnictwa/szerszen/dane/strona12.html

Andrzej Kmicic zarzuca Żelaznemu tworzenie własnego autorytetu kosztem prestiżu co prominentniejszych osób: "Pierwszą grupą osób, których autorytetem R. Żelazny chce podnosić prestiż tygodnika to, Wojewoda, Marszałek, prezydenci sąsiednich miast, komendanci służb mundurowych różnych szczebli, duchowieństwo. Prezentacja własnej osoby w towarzystwie autorytetów niewątpliwie przysparza splendoru – niestety trudno się czyimś autorytetem zarazić."

To także widać i w eseju "Z piwnicy na Katzbachstraße do Ogrodu Angielskiego", w którym Żelazny publikuje nawet swoje zdjęcia ze znanymi niemieckim politykami, np. z Willi Brandtem, niegdyś kanclerzem RFN i przewodnicącym partii SPD. Czegoś takiego nie zrobi żaden szanujący się publicysta czy dziennikarz, który quasi służbowo musi spotykać się z politykami i zawodowo "przypierać ich do muru", a nie wypisywać im laurek. Cóż z tego, że Żelazny znalazł się w ich promieniu? Czy zapytał Brandta, o czym ten rozmawiał ze stalinowskim premierem "w odstawce" Józefem Cyrankiewiczem w styczniu 1982 roku, w niecały miesięc po ogłoszeniu stanu wojennego? Prawdziwie wolny świat potępił komunistyczny stan wojenny, a Brandt przyjmował w Bonn polskiego superkomucha, na pewno nie "na suchy ryj" (proszę o wybaczenie za fizolowską albo robolowską polszczyznę — nie jestem jeszcze tak "zniemczony" jak twierdzą niektórzy mi przyjaźni byli współpracownicy), bo sam za kołnierz nie wylewał. A co zrobili wówczas niemieccy politycy z CDU dla Polski, aby ta stała się suwerenna? Robili niewiele albo nic!!! Czy Żelazny konfrontował ich z tym zarzutem?

Żelazny w swoim biogramie prezentuje się kłamliwie jako redaktor niemieckiej wersji Poglądu pt. Meinung, który był wyłącznie moją krawawicą, bo żaden ze współpracowników Poglądu nie znał na tyle niemieckiego (pardon, nie "zniemczył" się na tyle), aby móc uczestniczyć w przygotowaniu pisma w tym języku, nie mówiąc już o redagowaniu tegoż. Jest jeszcze kilka innych przekłamań w tym, co pisze Żelazny.

W języku niemieckim jest słowo "nachtreten", tzn. deptać po tych, od których się odeszło, zostawiło za sobą albo musiało się odejść. To słowo dobrze oddaje postawę Żelaznego wobec mnie i Poglądu, w którym stawiał przecież swoje pierwsze dziennikarskie kroki — nollens vollens jako mój podwładny, a ja będąc wydawcą (to coś więcej niż editor-in-chief) oczywiście „mieszałem się w sprawy redakcyjne” bo minimum 20 procent tekstu w każdym wydaniu wychodziło spod mojego pióra lub dyktafonu, co można i dzisiaj sprawdzić. Słowa "dziękuję", np. za to, że napisałem jemu i jego żonie, tak samo jak i wszystkim innym współpracownikom Poglądu, wniosek azylowy i pomagałem załatwiać wiele innych spraw, Żelazny nawet po latach przypomnieć sobie nie może.

I jeszcze słowo o prominentach. Ówczesny prezydent RFN von Weizsäcker np. zapraszał mię raz czy dwa jako przewodniczącego Towarzystwa Solidarność i wydawcę poważnego polskiego pisma na coroczną fetę do swojej rezydencji w Berlinie w pałacu Bellevue. Wraz z kilkuset innymi "zasłużonymi". Prezydent podkreślał tym swoją bliskość z ludem. Nigdzie o tym jako działacz, dziennikarz i publicysta nie pisałem i nie wspominałem. Bo co ma piernik do wiatraka, przepraszam, tj. darmowe niemieckie kiełbaski, nawet od prezydenta, do mojej walki z komuną? A zaproszenie na spotkanie z prezydentem Reaganem (Żelazny prezentuje je dumnie w swoim eseju) przyszło nie do niego osbiście, lecz do redakcji Poglądu, a ja go tam oddelegowałem. Pewnie oprawił go sobie w ramki i powiesił w redakcji Echa Krasnegostawu na honorowym miejscu. Jak dyplom mistrza w zakładzie szewskim.

Edward Klimczak
Berlin, dn. 30.02.2009 r.

PS Niedawno dowiedziałem się, że Żelazny będąc już pracownikiem RWE przyjeżdżał do Berlina Zachodniego rzekomo do swojej kochanki, nocował jednak u jednego zaprzyjaźnionego z nim pracownika Poglądu, od którego oczywiście otrzymywał z pierwszej ręki informację o tym, co się dzieje w redakcji. W samej redakcji nie pojawił się ani razu. Można domniemywać, że w podobnych celach jeździł też i do Nowego Jorku, gdzie nawiedzał pracującego w Nowym Dzienniku Czesława Karkowskiego, byłego redaktora Poglądu. Szeroki zakres działalności: Berlin Zachodni, Monachium, Nowy Jork.

Edward Klimczak
Berlin, dn.13.03.2010
r.