NIEMCY

Edward Klimczak & Joanna Mieszko-Wiórkiewicz

Niemcy – krajobraz po wyborczej bitwie

 

Niedzielne wybory w Niemczech dobitnie pokazały, że kryzys, w jakim nieubłaganie pogrąża się to państwo ma przede wszystkim podłoże polityczne. Z 62,2 milionów zdyscyplinowanych niemieckich wyborców ponad 18 milionów nie poszło tym razem do urn, co stanowi najniższą w historii wyborów do Bundestagu frekwencję. Jest to fakt godny analizy. Z całą pewnością nie dokonają jej jednak ani wygrani, jak Angela Merkel (CDU/CSU) i Guido Westerwelle (FDP) ani przegrani, jak Frank-Walter Steinmeier (SPD) politycy.

 

 

Podstawą sprawnego funkcjonowania państwa jest ordynacja wyborcza. Decyduje ona o wyborze elit politycznych. Jest sprawą naczelnej wagi, czy władza pochodzi od narodu czy odwrotnie – jest zawłaszczona przez wąskie grupy polityczno-gospodarcze czy nawet pojedyncze osoby. W mieszanej ordynacji proporcjonalno-większościowej, takiej, jaka obowiązuje w Niemczech, władza spoczywa w ręku wąskich grup, które nie zmieniają się przez dziesięciolecia przesuwając jedynie stołki i oczywiście uzupełniając swoje szeregi. Helmut Kohl np. zasiadał w Bundestagu od 1976 do 1998 roku, w tym ostatnie 16 lat jako kanclerz, a minister pracy w jego rządzie Norbert Blüm od 1972 do 1998 roku. Proporcjonalno-większościowa ordynacja zapewnia im tę luksusową, bo dobrze smarowaną publicznymi pieniędzmi kontynuację.

 

Przy czym mało który wyborca w Niemczech wie, na czym właściwie polega nieustannie powtarzający się co 4 lata deasaster: politycy niepopularni, którzy ledwo przeszli w wyborach lub wręcz przegrali w swoim okręgu wyborczym, trafiają mimo to do parlamentu. Parlament (Bundestag) z kolei, pomimo ustawowych 598 deputowanych puchnie co kadencję o kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt dodatkowych miejsc zwanych „mandatami nawisowymi” (Überhangsmandate) powstającymi w przypadku otrzymania nieproporcjonalnie większej ilości tzw. pierwszych, czyli bezpośrednich głosów. W tym roku jest ich aż 24 i otrzymała je Unia CDU/CSU, która inaczej nie uzyskałaby niemanipulowanej większości. Pomimo fanfar sukcesu faktem jest, że CDU/CSU razem z FDP nie uzyskały zwykłej większości podczas wyborów i dopiero 24 dodatkowe „mandaty nawisowe” zapewnią im komfortowe 332 miejsca w przyszłym, liczącym 622 foteli Bundestagu.

 

Zastanawiające też, dlaczego Bundestag liczy ustawowo 598 miejsc, skoro w Niemczech jest 299 jednomandatowych okręgow wyborczych? Kto zajmuje dodatkowe 299 (teoretycznie, bo praktycznie w najbliższej kadencji o 24 więcej) miejsc?

 

Amerykanie, zaprowadzając w Niemczech po II wojnie demokrację własnego sznytu, przycięli ją według stopnia swojego zaufania (czy raczej nieufności) do kondycjonowanego 13 lat przez nazizm społeczeństwa. Dlatego wybory przebiegają w podwójnym trybie: oddaje się dwa głosy – pierwszy bezpośrednio na konkretnego kandydata z własnego okręgu wyborczego (nie brakuje tu nazwisk „przywiezionych w teczkach”), drugi natomiast oddaje się na jedną z partii. W Niemczech działa pięć dużych partii (w tym Unia dwóch partii: CDU/CSU) i 22 mniejsze. Aby przebić się do Bundestagu muszą one pokonać w wyborach 5-procentowy próg zdobytych głosów, co im sie prawie nigdy nie udaje. Ich głosy są po wyborach przydzielane procentowo zwycięskim dużym partiom.

 

Partie pół roku przed wyborami układają swoje własne listy kandydatów w poszczególnych krajach związkowych czyli skonfederowanych landach. Jak to się odbywa?

Przyjrzyjmy się np. partii FDP (ogółem 64 tys. członków) w samodzielnym landzie – samym Berlinie. Otóż w marcu br. odbyła się tu konferencja wyborcza berlińskiego oddziału FDP, w której wzięło udział 347 delegatów. Wybrali oni 11 kandydatów na landową listę partyjną, podobnie jak robi to każda partia we wszystkich landach. Czyli owe 347 osób definitywnie zdecydowało, kto z ramienia FDP może zostać deputowanym i będzie przez 4 następne lata decydować o losach kraju. Po głosowaniu wiadomo, że z listy tej trzy pierwsze osoby weszły do Bundestagu. Identycznie stało się to w innych landach. Ostatecznie z list landowych weszło do przyszłego Bundesatgu 93 kandydatów FDP. Żaden z nich, w tym również przyszły wicekanclerz Guido Westerwelle, nie zdobył mandatu bezpośredniego, zatem nikt z deputowanych z ramienia partii FDP nie otrzymał zwykłej większości głosów w swoim okregu wyborczym. Jest to niewąpliwie osobista porażka każdego z nich. Mimo to bezpośrednia personalna decyzja wyborców nie miała znaczenia. FDP odniosła największy w swojej historii sukces, bo głosowało na tę partię drugim głosem — tym proporcjonalnym — więcej osób, niż kiedykowliek dotychczas. To samo odnosi się do partii Zielonych, gdzie tylko jeden kandydat z 68 zdobył mandat bezpośredni, tzn. wszedł do Bundestagu z woli wyborców w swoim okregu. W większościowej demokracji brytyjskiej obie partie musiałyby po takim wyniku zniknąć ze spektrum parlamentarnego. W Niemczech mają się świetnie i...hucznie świętują sukces.

 

Wiadomo, że o uplasowaniu na czołowych miejscach na listach partyjnych decydują układy wewnątrzpartyjne i koterie. Jeżeli elektorat nie wybierze czołowego funkcjonariusza partyjnego w jego jednomandatowym okręgu wyborczym, to ma on tak czy inaczej zapewniony już pół roku wcześniej błękitny fotel w Bundestagu z tytułu pierwszego albo jednego z pierwszych miejsc na landowej liście partyjnej. Tak właśnie stało się z Ursulą von der Leyen (CDU)- ministrem ds rodziny i „czerwoną” Heidi Wieczorek-Zeul (SPD) – ministrem ds pomocy rozwojowej, które przegrały wybory w swoich okręgach wyborczych, ale mając pierwsze miejsca na listach landowych i tak trafiły do Bundestagu. Demokracja?

 

Landowe listy partyjne dużych landów i czołowych partii mogą liczyć nawet po kilkadziesiąt nazwisk, ale najważniejsze są pierwsze miejsca, np. w Hesji lista socjaldemokratów liczyła aż 42 nazwiska. Tylko 10 pierwszych kandydatów przeszło przez głosowanie na konferencji wyborczej. Dalsze 32 nazwiska zostały ustalone przez prezydium i ponad 600 zebranych. Ot, po prostu tak. W ten sposób niewielkie gremium zdecydowało o obsadzeniu pokaźnej liczby miejsc w parlamencie!

 

Gdy jednak nazwisko na liście partyjnej nie znalazło się wystarczająco wysoko lub zupełnie zabrakło dlań na niej miejsca, to zdarzają się nawet prominentnym politykom przykre wpadki. Tak było z kandydatem Zielonych pochodzenia tureckiego Cemem Özdemirem, drugim, równolegle z Claudią Roth, szefem tej partii, który — nazbyt pewny swego — nie zadbał o miejsce na liście partyjnej i przegrał z kretesem w jednomandatowym okręgu wyborczym w Sztuttgarcie postając w ten sposób na lodzie.

 

Przykład ten ujawnia jeszcze inny, być może najgorszy w całym wątpliwym przedsięwzięciu, jakim są wybory do Bundestagu, mechanizm. Otóż posłowie, szczególnie ci, którzy wchodzą do parlamentu z list partyjnych, w ogóle nie rozliczają się przed wyborcami, tylko przed swoimi partyjnymi bossami, od których w dużym stopniu zależy ich miejsce na partyjnej liście kandydatów. Nie ponoszą żadnej politycznej odpowiedzialności z tytułu swojej działalności, a ich opustoszałe biura poselskie, których prawie nigdy nie odwiedzają, z większym pożytkiem możnaby przerobić na schroniska dla coraz liczniejszych bezdomnych. Najwyżsi funkcjonariusze partyjni są jednocześnie dobrze uplasowani w strukturach administracyjnych i gospodarczych lub przez nie mocno (w tym finansowo) popierani. Jest to sytuacja z gruntu inna, aniżeli w demokracji brytyjskiej, gdzie każdy deputowany musi troszczyć się w pierwszej kolejności o swoich bezpoórednich wyborców i rozliczać się przed nimi. Nic więc dziwnego, że z wyborów na wybory coraz więcej elektoratu „głosuje nogami” nie idąc do urn. Przed tygodniem o dwa miliony więcej osób niż przed 4 laty zrezygnowało ze swojego prawa wyborczego.

 

Partie w Niemczech przeżywają od kilkunastu lat egzystencjalny kryzys. Szeregi największych topnieją na potęgę. Tymczasem, zgodnie z systemem partyjnym, jaki obowiązuje w niemieckim systemie wyborczym, zaledwie 2,2 procent elektoratu (członkowie partii) decyduje o sposobie i warunkach życia ponad 80-milionowego społeczeństwa. Przy czym, jak na wyżej podanym przykładzie berlińskiej FDP i heskiej SPD widać – praktycznie decydują o tym elity partyjne, a więc zupełnie znikomy odsetek. Partyjne doły jak zwykle potakują.

 

Wszyscy w Niemczech, na czele z Trybunałem Konstytucyjnym od lat wiedzą o niemieckiej tej mieszanej (anty)proporcjonalo-(anty)większościowej ordynacji wyborczej, że jest ona "arbitralna", "bezsensowna" und "sprzeczna z konstytucją". Jednak to, czy kolejny Bundestag, a z nim nowy rząd został wybrany arbitralnie i sprzecznie z konstytucją — nie ma, jak się okazuje, dla jego legitymizacji większego znaczenia. Co prawda niemiecki Trybunał Konstytucyjny nałożył w ubiegłym roku na Bundestag obowiązek poprawienia systemu wyborczego do roku 2011, jednak ludzie, którzy zasiądą w fotelach deputowanych i ministerialnych na najbliższą oraz na dalsze kadencje byli, są i z pewnością pozostaną ci sami i tacy sami: dalekimi od swojego elektoratu i od rzeczywistości partyjnymi funkcjonariuszami, zajętymi zabieganiem o apanaże i utrzymanie poselskiego fotela.

 

Edward Klimczak&       Joanna Mieszko-Wiórkiewicz

 Berlin, listopad 2009

 

POWRÓT