Kopflinks
gb
ger pl Flagge.Pl
Kopfrechts

(BIULETYN INFORMACYJNY NR 2
BERLIN ZACHODNI, 30.01.1982 R.)

 

BEZ PRAWA POWROTU

Leszek Leśniak
Bez prawa powrotu (pdf)
- relacja z Warszawy berlińskiej uczenicy

- 1 -

"Czy mógłby mnie pan poczęstować papierosem? — pyta i jakby w odpowiedzi na moje zdziwione spojrzenie dodaje — "w kwietniu skończę szesnaście lat!" Zaciąga się płytko, niespokojnie obraca zapalonego camela w palcach. Jest zdencrwowana. To przecież pierwszy wywiad w jej życiu. "Tylko proszę nie zamieszczać mojego nazwiska — uśmiecha się nieśmiało. "Wie pan, oni mogą coś zrobić mojej mamie" — zamyśla się na chwilę.

   Najbardziej bałam się pierwszego dnia. Z komunikatu podanego przez radio dowiedziałam się o wprowadzeniu stanu wojennego. Właściwie nie zdążyłam się nad tym dobrze zastanowić, kiedy przyjechali po mamę. Moja mama pracuje w telewizji, była aktywną działaczką "Solidarności" i kiedy ją zabierali, bardzo się bałam, że już nie wróci i że już została aresztowana. Wróciła wieczorem zmęczona i głodna. Dowiedziałam się,że za wieźli ją rzeczywiście do pracy.

   Budynki TV na Woronicza otoczone były trzema kordonami wojska, zrzuceni z desantu żołniere z czerwonych beretów zajęli stanowiska na dachach. Dlaczego przeprowadzono ten desant, nie wiedział nikt. Być może chodziłło tylkko o demonstrację siły.

   Redakcja dziecięco-młodzieżowa, w której pracuje moja mama, otrzymała polecenie zrobienia audycji dla młodieży, w której miano nawaływać do podporządkowania się zarządzeniom rządu. Początkowo nikt nie chciał się na to zgodzić, jednak w końcu został do tego zmuszony Wojciech Pijanowski.

- 2 -

   Tego dnia wiele osób straciło pracę. Zwolniono większość obsługi technicznej, na miejsce któtrej zatrudniono techników z łódzkiej wytwórni filmowej. Cały czas zachowany był ścisły nadzór milicyjny. Osoby udające się do gmachu TV wielkrotnie kontrolowano. Audycje nadawa były z podziemnego bunkra, który mieścił się w okolicach Żwirkui i Wigury.

   Tego dnia również mój ojczym będący uczestnikiem Kongresu Kultury Polskiej udał się do Pałacu Kultury i Nauki, jednakże budynek był już otoczony przez wojsko, a na placu stały czołgi. Ojczym natychmiast porozumiał się ze swoimi znajomymi ze Związku Literatów Polskich, gdzie wziął udział w sporządzaniu listy internowanych.

   Nieprawdą jest, że interowano Andrzeja Wajdę. Jest on przyjacielem mojego ojczyma jak również naszym sąsiadem i wielokrotnie już po 13.XII. bywał w naszym domu. Opowiadał, że zagrożono mu wielkimi kłopotami, w razie gdyby próbował podjąć jakiekolwiek działania zwrócone przeciwko rządowi, a dom jego poddany został obserwacji. Udało mu się natomiast zorganizować w SPATiF-ie akcję pomocy dla internowanych. Jeszcze przed rozwiązaniem Stowarzyszenia zdołano wysłać do obozu w Białołęce dwa transporty paczek z żywnością.

   Jeżeli chodzi o ten obóz, to przez kilka dni przebywał tam mój wujek aresztowany w nocy z 12 na 13 grudnia. 0powiadał mi później, że są to jakieś stare koszary lub więzienie. W celach na parterze przebywali kryminaliści, natomiast na piętrze internowani. Cele były nieogrzewane i pozbawione okien. Panowała straszna ciasnota. Ha jednej pryczy spało po trzy osoby. Podobno przebywał tam również Edward Gierek. Wujka zwolniono po tygodniu w drugiej turze po Szaniawskim, Bartoszewskim i Szczypiorskim. Kiedy nie zgodził się na podpisanie dkeklarcji lojalności, ofcer, który go przesłuchiwał, powiedział: "Chyba się jeszcze spotkamy". W Białołęce zamknięty był również wraz ze swym synem Bronisław Gieremek. Z tego co wiem, to był on często wożony na ulicę Puławską na przesłuchania. Jak wygądały te przesłuchania, tego nie wiem. W każdym razie panował pogląd, iż Wałęsa zażyczył sobie jego obecności w czasie ewentualnych rozmów z rządem.

   Dnia 17 grudnia razem z grupką kolegów i koleżanek poszliśmy na wiec zorganizowany na Placu Zwycięstwa, o którym można było się dowiedzieć z ulotek rozdawanych przez studentów na ulicach miasta. Na bruku był już tam ułożony wielki krzyż z kwiatów, paliło się mnóstwo świeczek. Cały plac otaczały kordony milicji i wojska. W ulicach stały czołgi i samochody pancerne.

   Atak ZOMO nastąpił, kiedy uformowano się w pochód, aby przemaszerować ulicami miasta. Nie wiem dokładnie, co się działo, wokół  siebie widziałam tylko ciosy pałek, słyszałam strzały i wybuchy granatów z gazem. Wielu ludzi aresztowano.

   Naszej grupie udało się jakoś wyjść bez szwanku. Postanowiliśmy udać się do kościoła Św. Krzyża, gdzie zawsze zbierało się wielu ludzi i gdzie odczytywano ulotki "Solidarności". Kościół był wypełniony po brzegi. Wszyskim bardzo mocno łzawiły oczy od gazów, które milicja wpuściła już tam poprzednio spodziewając się takiego zgromadzenia. Stałyśmy tam stłoczone słuchając odczytywanej przez kogoś ulotki, gdy nagle z zakrystii wybiegł ksiądz i krzyknął: "Chować, chować. Robimy mszę!" Od raz wszyscy zorientowali się, że przed kościołem jest już ZOMO. Przewidując na co się znosi, postanowiliśmy się wycofać, bo obawialiśmy sią, że tym razem nie uda się już ujść przed ciosami pałek. Wraz z nami wyszło około 50 osób.

   Po wyjściu na ulicę zostaliśmy błyskawicznie otoczeni przez uzbrojonych w pałki i tarcze zomowców, a następnie zapakowani do czekających nieopodal ciężarówek. Przez jakiś czas dołączano do nas nowe grupki aresztowanych, a potem oddział milicji wtargnął do wnętrza kościoła.

   Wyglądałam spod plandeki i widziałam, jak brutalnie wywlekano ludzi, bito ich pałami i pakowano do ciężarówek. Powstał nieopisany chaos i panika. Kilka osób przewróciło się na schodach i tych omal nie zatratował próbujący ucieczki tłum. Po zapełnieniu ciętarówek poturbowanymi i przerażonymi ludźmi cały konwój ruszył na ulicę Jezuicką. Tam osadzono nas w areszcie.

   Bałam się strasznie, albowiem wszyscy siedzący w mojej celi mówili, że będą nas bić. To, że zostałam zwolniona po dwóch godzinach, zawdzięczam pewnemu zdarzaniu, które miało miejsce jeszcze w listopadzie. Wtedy to po prostu dla kawału poszliśmy z naszą paczką do tego właśnie komisariatu, aby złożyć życzenia z okazji dnia milicjanta. Teraz podczas przesłuchania, zostałam rozpoznana i natychmiast mogłam wrócić do domu. Z resztą moich znajomych udało mi skontaktować się po kilku dniach i wtedy dowiedziałam się, że w areszcie pobito ich bardzo. Od tego pamiętnego dnia starałam esię jak najrzadziej przebywać na ulicy.

   Święta Bożego Narodzenia były smutne i bardzo skromne. W sklepach nie można było kupić nawet śledzi nie mówiąc już o karpiach i wielu innych rzecznch. O ile się dało, to unikałam stania w kolejkach przed sklepami, bo wielokrotnie zdarzało się, że podjeżała buda", zgarniano wszystkich stojących i gdzieś wywożono. Słyszałam głosy, że ludzi tych wywożono do miejsc pracy przymusowej.

   To samo powtarzało się w kawiarniach, gdy zebrała się większa grupa ludzi.

   Kiedyś byłam świadkiem zdarzenia, które bardzo mnie oburzyło. Poszłam do apteki, aby kupić lekarstwo dla mojej mamy. Gdy stałam w kolejce, znienacka wpadło do wnętrza dwóch żołnierzy i jeden z nich wskazując na kilku stojących mężczyzn powiedział: "Wy macie dobre buty! Wyjść na ulicę i zabrać się do odgarniania śniegu!" Nie mogłam tego zrozumieć. Przecież na lekarstwa, które chcieli kupić ci ludzie, czekał ktoś, kto na pewno ich potrzebował. Wszystko to przypominało mi czasy, które znam tylko z opowiadań i snów. Wtedy też po ulicach chodziły uzbrojone patrole, a ludzie musieli znosić zniewagi i upokorzenia.

   Najgorsze było to, że w radio ciągle mówiono o tym, jak wojsko i milicja w każdej sytuacji stara się pomóc społeczeństwu. Najlepiej przekonał się o tym mój kuzyn. Przed świętami pojechał on na Bielany, aby przywieźć do nas naszą 96-letnią babcię. Bardzo długo szukał taksówki, ale z powodu braku benzyny nie jeździły tam właściwie żadne samochody. W końcu zdecydował się poprosić o podwiezienie staruszki milicjantów ze stojącego na ulicy radiowozu.

Odpowiedź otrzymał jednoznaczną: "Ty synku, uważaj, bo ja to cię mogę podwieźć, ale do Białołęki, a z powrotem to nie wiem."

Jeżeli chodzi o samochody, to wielu miało duże zapasy benzyny zapobiegliwie gromadzone od wielu miesięcy, ale obawiano się jeździć, ponieważ takich, którzy nie mieli na to pozwolenia, patrole kierowały do rozwożenia paczek. Zresztą poruszanie się po Warszawie komunikacją miejską również nie było zbyt bezpieczne. Mama opowiedziała mi, że pewnego dnia jej dwie znajome stały razem z grupą innych.

Leszek Leśniak

Linki:
www.jow.pl
www.edwardklimczak.de
(tłumaczenia sądowe: jęz. angielski, niemiecki, polski, rosyjski)
www.userpage.fu-berlin.de/klimczak
www.russischkurs-mgu.de
http://www.solidarni.waw.pl/