KRONIKA WYDARZEŃ BIEŻĄCYCH
(Wyciąg)
  -1 -

   STEFAN BRATKOWSKI: Partia popełniła samobójstwp polityczne

   Stefan Bratkowski, który znajduje się obecnie w podziemiu, był rzecznikiem polityki liberalnej PZPR. Przez cały okres odnowy znany był ze swojej sympatii do "Solidarności". Z partii został usunięty jesienią zeszłego roku, ponieważ w jednym z wystąpień oskarżył ją o to, że zachowuje się jak zagrożona twierdza. Jako prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Bratkowski odgrywał bardzo istotną rolę w życiu politycznym przed 13.XII.1981. Publikowane poniżej fragmenty jego manifestu podajemy za pismem "Le Figaro".

    Do moich przyjaciół,
    Przyjaciele, czytelnicy, znajomi i nieznajomi. Fakty są faktami. Jakiekolwiek by nie były przykładane im intencje czy interpretacje. Blitzkrieg z 13.XII. zapoczątkował jedną z najdziwniejszych wojen domowych, którą władza wypowiedziała własnemu społeczeństwu. Zaprowadzony reżym okupacyjny sparaliżował życie ekonomiczne, społeczne, polityczne, intelektualne i kulturalne. Zrujnował naszą gospodarkę oraz perspektwy na jej odbudowę. Ta sama władza, która była tak niezdecydowana i powolny w swoich poczynaniach na rzecz reformy, tym razem wykazała maksimum sprawności i determinacji. Nie zawahała się zabijać i torturować swoich współobywateli broniących praw demokratycznych. Zamordowała też jak gdyby mimochodem kilka tysięcy osób czekających na natychmiasto'wą pomoc lekarską w momencie, kiedy podjjęła decyzję o całkowitym przerwaniu łączności telefonicznej.
    Wojnę tę rozpoczęto w imię obrony interesów władzy i grup uprzywiilejowanych, które nie stanowią dziś więcej niż 1 procent społeczeństwa. Na dłuższy okres czasu grupy te nie mogą liczyć na nic i na nikogo — nawet na posłuszeństwo wojska. Ograniczenia i restrykcje dowodzą, że władze boją się wszystkich — robotników, uczniów i dziennikarzy, telefonistek i malarzy, myśliwych i aktorów. Posługiwanie się środkami przymusu, strachu, kłamstwa i oszczerstwa nie jest nigdy oznaką siły. Władze dzisiejszej Polski są słabe.
    Co do tego, że główne siły narodu z "Solidarnością" na czele lekceważąc władzę oraz niebezpieczeństwo wojny domowej popełniły błąd, nie ma dzisiaj żadnych wątpliwości. Ale to nie umniejsza błędu władz, które działały powodowane strachem i krótkowzrocznością.
   W jednym punkcie władze nie mylą się — powrót do sytuacji sprzed
13. XII.1981 jest niemożliwy. Jest niemożliwy albowiem partia, która zabijała robotników w obronie monopolu władzy popełniła samobójstwo polityczne. Partia taka nie może liczyć na lojalność swoich własnych członków, nie mówiąc już o wszystkich innych.
-2 -

   Co nas czeka? Nie będzie możliwe powtórzenie scenariuszy czeskich albo węgierskich. W Polsce mieliśmy do czynienia z masowym ruchem klas społecznych oraz fundamentalnych sił narodowych popartych przez wysokie autorytety moralne i intelektualne. Taki naród może być zmuszony do milczenia tylko na krótki okres czasu. A poza tym zmusić do milczenia nie oznacza złamać ani też zmusić do kapitulacji. Już dzisiaj ludność uważa władzę za władzę okupacyjną i sporządza listy "nazbyt gorliwych".
   Co możemy robić teraz? Przede wszystkim rozwijać ruch wzajemnej pomocy lokalnej i zawodowej oraz opierać się na przychodzącym z pomocą kościele. Musimy przy tym uważać, żeby działalność charytatywna nie rozbijała się o uprzedzenia polityczne.
   Do tych wszystkich, którzy zdecydowali się współpracować się z władzą, kieruję jedno ostrzeżenie: naród patrzy dziś na was w milczeniu tysiącami oczu. Nie róbcie więc niczego, czego moglibyście się kiedyś wstydzić lub czego byście się bali, gdy sytuacja się odwróci.
   Do czego dziś dążyć? Jak na każdej wojnie najpierw do zawieszenia broni. Aby je uzyskać, spełnione powinny być dwa podstawowe warunki. Po pierwsze władza powinna zobowiązać się do uwolnienia więźniów politycznych lub przynajmniej zagwarantować im status jeńca wojennego. Po drugie naród zobowiązuje się do niepodejmowania akcji strajkowych oraz manifestacji politycznych.
   Takie zawieszenie broni byłoby pierwszym krokiem do pokojowego i konstruktywnego rozwiązywania konfliktów grupowych w naszym społeczeństwie. Następnie należałoby utworzyć rady społeczne, którym przewodniczyliby wybrani demokratycznie ludzie; na przykład Lech Wałęsa. Rady te wywierałyby wpływ na życie gospodarcze oraz na środki masowego przekazu.
   Te dwie sprawy są warunkiem niezbędnym do złagodzenia wysokich na pięć społecznych.
   Władza powinna jednak zdawać sobie sprawę, że te rozwiązania nie zmniejszą ciężaru goryczy i nienawiści, które zebrały się w narodzie.
   Znamy rolę, jaką odegrały decyzje radzieckie w dokonanym w Polsce zamachu stanu. Mimo to nie chcemy widzieć w ZSRR naszego wroga, gdyż nie można widzieć wroga w kraju, który będzie zawsze najbliższym sąsiadem i podstawowym partnerem ekonomicznym.
    Chcemy widzieć w ZSRR partnera i sprzymierzeńca, a nie policjanta.
    Moi przyjaciele! Nie liczmy jednak na innych. Liczmy przede wszystkim na samych siebie. Ten tekst jest, być może, moją ostatnią deklaracją polityczną, ale to mnie nie niepokoi. Okupacja obecna nie potrwa długo, jeżeli 99% społeczeństwa w walce przeciwko śmiesznie małej grupce przekształci swoją przewagę liczebną w miażdżącą przewagę moralną. Pałki, gaz i czołgi zostaną wtedy oddane bez użycia.

I znowu polała się krew— relacja z ataku ZOMO na kopalnię "Wujek"

   We wtorek 15. grudnia 1981 r. podczas strajku w kopalni "Staszic" na osiedle przybyło ZOMO. ZOMO-wcy zaatakowali górników w hotelu robotniczym. Bili. Był co najmniej jeden przypadek wyrzucenia robotnika z dachu, z czwartego piętra. Górnik ma połamany kręgosłup.
   Wnętrze hotelu zdemolowano. ZOMO-wcy chcieli się dowiedzieć, która zmiana była na strajku.

-3 -

   Strajk w kopalni "Wujek" zaczął się 13 lub 14 grudnia. Poszło nie tylko o stan wojenny, ale i o to, że aresztowano w nocy z 12. na 13. przewodniczącego "So1idarności".
  Przyszli, wyważyli drzwi, pobili. Sąsiedzi, którzy wyszli go bronić, znaleźli się w szpitalu. We wtorek wysłali delegację do "Staszica". Chcieli wiedzieć, jak przebiegała akcja. Chcieli wiedzieć, jak się wziąć do obrony kopalni. Okazało się, że gumowe kable nie pomogą. Kuto więc całą noc — świdry, z dołu do węgla, takie dziesięciokilowe, z obydwu stron zaostrzone. Przyspawali do takich prętów, takie śruby wielkie. Zrobili barykadę na bramie. Bo po "Staszicu" było już wiadomo, że to, co mieli  — to za mało na tych ZOMO-wców. Oni mają takie wielkie tarcze, mają hełmy, mają plexitarcze. Nie, nie można się było w ogóle do nich dobrać.
   No i w środę, koło jedenastej przed południem zaczęło się. Cała kopalnia, cały ruch był wyłączony. Kopalnię otoczyły czołgi. Nie  ruszyły nawet bramy, tylko mur przejechały. Sceny były dantejskie /Niedaleko kopalni jest osiedle, więc było strasznie dużo ludzi./ Przez cały czas, póki nie przyjechała straż z armatkami wodnymi, słychać było tylko jeden wielki ryk: "Gestapo, Gestapo!". Całe osiedle. Kilka szturmów przypuszczono na tę barykadę przy bramie towarowej. No i tam padło wielu ZOMO-wców. Bez ofiar wśród górników.
   Górnicy mieli te piki, i te świdry z dwóch stron naostrzone. Zorganizowani byli świetnie; jedni kucnęli za barykadą, a innych było widać. W pewnym momencie ci, co stali, zaczęli uciekać… ZOMO wleciało na barykadę, a tymczasem pozostali górnicy wstali i im dali. Zdobyli nawet broń, ale od razu ją odrzucili. Nie chcieli jej mieć.
   A tam tylko wióry leciały z tych ZOMO-wców. Wzięli też trzech zakładników. Od razu powiedzieli oficjalnie, że ich powieszą, jak wejdzie ZOMO. Zakładnicy zaczęli pytać, gdzie są, bo nie wiedzieli. Sami o sobie mówili, że są z Opola. Po szturmie na główną barykadę padły pierwsze strzały. Strzelało ZOMO. Wojsko oddało jeden tylko jeden strzał; kiedy czołg przejechał przez mur, jakiś facet podleciał i wrzucił do lufy butelkę z benzyną. Ten z czołgu wychylił się i go postrzelił, ale nawet nie tak groźnie. A ten co wrzucał benzynę, to i tak zapomniał ją podpalić. Ale ZOMO strzelało, żeby zabić.
    Lekarz wojewódzki wezwał karetki. Jest to bardzo ważne, bo pododno w innych kopalniach, gdzie były ofiary, wzywano tylko karetki milicyjne ze szpitali MSW, i nikt nie wiedział o zabitycch i rannych. Tym razem nadjechały karettki pogotowia z Katowic, głównie z dzielnic Ochojec i Ligota .l pewnie dlatego ZOMO rzuciło się na pielęgniarki i lekarzy, bijąc ich tak strszliwie. Jedna lekarka ze szpitala klinicznego do dziś leiy w szpitalu,z podejrzeniem krwotoku do mózgu od pobicia pałką; ma też odbite nerki. ZOMO po prostu atakowało tych, którzy zabierali rannych. Jedną z karetek wiozącą rannego z przestrzelonym płucem, zatrzymano, a rannego wyrzucili na drogę. Rannych górników było kilkudziesięciu. Część leży ciągle na Ligocie, część w Szpitalu Górniczym, niektórych porwano do szpitala MSW. Dwunasty górnik zmarł już po pierwszym stycznia. Najmłodszy zabity miał 19 lat, najstarszy 48. Ale jeszcze byli ludzie z odmrożeniami, bo rozpędzano ich w ten mróz armatkami wodnymi. Z helikopterów spuszczali gaz. Mówią, że to był ten sam gaz, który jesienią podrzucono pod kopalnię "Sosnowiec". Ludzie po tym gazie mdleli i mieli torsje.
   ZOMO-wców padło 14, ale nie wiadomo, czy były to ofiary, czy tylko ranni. Wszystkich górników, których nie wzięto do szpitali … aresztowano.

Berlin, 21.02.1982

 

Forum (Twój komentarz) dot. wydania BI nr 3:
 
Linki:
www.jow.pl
www.edwardklimczak.de (tłumaczenia sądowe: jęz. angielski, niemiecki, polski, rosyjski)
www.userpage.fu-berlin.de/klimczak
www.russischkurs-mgu.de
http://www.solidarni.waw.pl/