Kamil Wilczyński: Co u Ciebie? Nie wchodzisz w skład żadnych oficjalnych gremiów Związku...

Andrzej Gwiazda: Ostatnio bywam tygodniami na budowie elektrowni w Ciechanowie. Pracuję jako malarz budowlany. Daje się na tym nieźle zarobić.

Czy Związek "Solidarność" Twoim zdaniem jeszcze istnieje? Inaczej mówiąc, w całym tym "krajobrazie po bitwie" — jak go nazwał Kuroń — po sześciu latach niepowodzeń i rozczarowań, jak widzisz teraźniejszość i możliwości funkcjonowania Związku?

Nie widzę. Z unoszącego się nad tym pobojowiskiem dymu nic mi się nie układa. Rozległe obszary życia społecznego, na które ocalałe po grudniu ogniwa Związku powinny były wejść z koncepcją, z inspiracją, z pomocą — stopniały, skurczyły się. Nie ma ich, albo społeczeństwo przestało się interesować naszą na nich obeności. "Solidarność" powstała jako związek zawodowy i tych 10 milionów ludzi, którzy wkrótce do niej napłynęli, odczuwało potrzebę nie in.nej organizacji, ale właśnie związku zawodowego. Po zniesieniu legalnych struktur "Solidarności" ta potrzeba stała się nie mniej, ale jeszcze bardziej żywa. Władza wykorzystała bowiem stan wojenny nie tylko dla celów politycznych, lecz również do zwiększenia wyzysku ekonomicznego, poprzez pogorszenie warunków pracy i płacy — czego skrajnym, choć bynajmniej nie marginesowym przejawem były zakłady zmilitaryzowane.

Niestety, warunkach pracy i płacy w okresie stanu wojennego, ani później, nie zajmowały się w dostatecznym stopniu ani tymczasowe władze "Solidarności", ani nawet prasa podziemna. W każdym razie pisała o tych sprawach mniej niż prasa oficjalna, interesowała ją głównie polityka. A przecież ludzie oczekiwali, że Związek się tym zajmie. Jeszcze, gdy wracałem z więzienia latem 1984, załogi na to czekały. Przechodziła wówczas przez kraj fala strajków, robionych zresztą niesłychanie


Rozległe obszary życia społecznego, na które ocalałe po grudniu ogniwa Związku powinny były wejść z koncepcją, z inspiracją, z pomocą stopniały, skurczyły się.

mądrze. W drugiej połowie 1984 i pierwszych miesiącach 1985 było tych strajków paręset, w tym znane strajki kobiece — w Róży Luksemburg i w Żyrardowie. Mądrość polegała na tym, że niemal we wszystkich przypadkach nie strajkowały całe załogi, rzecz odbywała się w skali wydziałów, które miały naj trudniejsze problemy.

Zazwyczaj nie wiedziały o tych akcjach komitety wojewódzkie partii, ani nadrzędne władze zaniepokoje groziły kary. Więc dyrektorzy, jeśli tylko załatwienie postulatów strajkowych nie przekraczało poziomu ich kompetencji — ulegali. W Gdańsku m.in. Prototypownia w Centrum Techniki Okrętowej zastrajkowała w związku z niesprawiedliwym podziałem premii. Kierownik tego wydziału był jednocześnie sekretarzem partii w zakładzie, więc nie ustępował. Ale gdy wiadomość o proteście rozeszła się po całym przedsiębiorstwie, dyrekcja ustąpiła. Do Prototypowni w krótkim terminie przyjechał płatnik wynagrodzeń, a kierownika odwołano. Niektóre protesty były nawet ukrywane przed Tajnymi Komisjami Zakładowymi "Solidarności", żeby one swoim udziałem nie nadawały sprawie politycznego charakteru, co by prowadziło do nieprzejednania po stronie władz i do represji. Niestety, Tymczasowa Komisja Krajowa traktowała te strajki jako dzikie. Nie identyfikowała się z celami ich uczestników, wobec czego i z nią się nie identyfikowano.

— A gdyby traktowała te akcje inaczej? Przecież od TKK naprawdę niewiele zależało...

— Można było podpowiadać ludziom, że ich przeciwnikiem w danej sytuacji nie jest ani Kreml, ani KC, ani komuniści w ogóle — bo o tych przeciwnikach mówiono — tylko dyrektor albo kierownik w zakładzie. Jeśli da im się szansę załatwienia konkretnej sprawy, to ją załatwią, chroniąc interes przecież nie komunistów, ale własny. Ponieważ kierownicze czynniki "Solidarności" niczego takiego ludziom z poziomu zakładów nie sugerowały, zabrakło wspólnego języka i ludzie ci po prostu przestali przywiązywać do istnienia TKK czy komisji regionalnych jakąkolwiek wagę. Wpływanie przez Związek — czy raczej to, co z niego pozostało, na sytuacjęw zakładach spadło w okolice zera.

— A załóżmy, że komisje podpowiadałyby załogom formy sprzeciwu, a załogi by z tych podpowiedzi korzystały — co by z tego mogło wyniknąć na dłuższą metę?

— Nawet jeżeli nic, to obowiązkiem statutowym działaczy "Solidarności" jest niesienie pomocy ludziom w rozwiązywaniu ich problemów.

— Ale na dalszą metę?

— Każdy sukces integruje grupę, a to otwiera drogę do wystąpienia o zdobycze większe ważniejsze, stwarza pozycję wyjściową dla dalszych sukcesów, czy to ekonomicznych czy politycznych. A w ogóle nie należy sądzić, że jak coś się dobrego robi, to zaraz Pan Bóg obsypie nas diamentami. Gdyby strajki tego rodzaju, o jakich mówiłem były przez Związek zalecane, wspomagane i poszłyby szerzej, oddziałałyby mobilizują co na całe pracujące społeczeństwo, miały szansę zepchnięcia władzy do defensywy, stworzenia innej atmosfery. A że zdecydowanie popłaca mam jeszcze jeden przykład: w moim "macierzystym" Elmorze. W tamtym okresie 3 zmiany na galwanizerni — wszystko wysoko kwalifikowani fachowcy — solidarniem złożyły wymówienie z pracy. Zaoferowano im po 5 tys. podwyżki, ale oni nie przyjęli. I dostali więcej!

— Kierownictwo Związku podjęło jednak próbę wywołania masowego strajku w 1985 r. o na tle podwyżek cen.

— Za późno. Hierarchiczny układ struktur podziemnych najpierw sprawił, że nie dostrzegły one, co się dzieje w terenie, w zakładach. Struktury te powinny mieć charakter usługowy, a nie miały. Ich hierarchiczność popychała je raczej do przypisywania sobie kompetencji władczych. Więc wtedy — w 1985 r. —wzywały do strajku, mimo że ich orientacja w nastrojach była znikoma. Z rezultatem wiadomym: w całym kraju na wezwanie do strajku powszechnego pozytywnie odpowiedziały może 3, a może 4 zakłady. Jednakże nie wyciągnięto z tego wniosków. Komisja Krajowa i regionalne tym bardziej chciały się wykazać jakimś działaniem. Stąd całe mnóstwo


...
obowiązkiem statutowym działaczy "Solidarności" jest niesienie pomocy ludziom w rozwiązywaniu ich problemów.

przedsięwzić i akcji pozornych, które nie miały innego sensu poza wykazaniem obecności Zwiąku, bez żadnych celów merytorycznych, konkretnych. Załogi wyczuły to nastawienie instancji i chęć udziału w widowiskowych akcjach zewnętrznych, poza zakładam i — w manifestacjach — wygasła w nich szybciej niż wola walki. Stąd — poza poszczególnymi przypadkami w głównych ośrodkach "Solidarności" (Wrocław, Warszawa, Kraków) mieliśmy w ostatnich latach zamiast manifestacji same rytuały przykościelne. Najświeższym przykładem akcji pozornej, obliczonej na efekt, bez treści merytorycznych, jest tworzenie komitetów założycielskich "Solidarności" w skali zakładów. Inspirowane i wspierane przez działaczy TKK, czy teraz KKW, ma ono niewiele wspólnego z rzeczywistymi interesami załóg.

— Można by przyjąć Twój zarzut w odniesieniu do niektórych np. świnoujskich komitetów założycielskich, których przedstawiciel Możejko twierdzi, że nie powinny podejmować żadnych konkretnych zadań, by nie kompromitować swojej legalności, powinny czekać niejako "z bronią u nogi", aż władze zdecydują się na ich rejestrację. Owszem, jest taki nurt. Ale inne komitety...

Gwiazda

 

— Wiem, masz na myśli np. Ursus, czy wrocławski Predom—Polar. Tam istotnie komitety wyszły z programami rzeczowego działania. Jednak one również postawiły się właściwie poza NSZZ "Solidarność".

— Dlaczego?

— Bo złamały statut Związku. On przecież zakazuje przynależności do innej organizacji związkowej. Zaś występując o rejestrację na poziomie zakładu, tworzy się przecież nową organizację.

— Czy można jeszcze dziś tak rygorystycznie trzymać się statutu? W sześć lat po grudniu? Moim zdaniem komitety te są znakomitym pomysłem: w ogólnym zastoju, czy zgoła cofaniu się Związku, wywołały w zakładach pewien ruch; tam, gdzie powstały, doprowadziły do pewnego ożywienia całych załóg.

— Ostatecznie, podobnie jak w stosunku do samorządów, mógłbym przyjąć, że widocznie jest już tak źle, że trzeba się uciekać do krętactw, do


Jednak związki zawodowe, w przeciwieństwie do innych organizacji powinny zaczynać działalność, zanim zostaną uznane.

kombinacji z władzą, do naruszania statutu, byle tylko podtrzymać jakieś gasnące resztki ruchu "Solidarność". Ale nie umiem być aż takim pesymistą. Rozumiem, że ożywienie w załodze, o jakim mówisz, wznowienie niezależnej pracy związkowej łatwiej jest osiągnąć przez wniosek o rejestrację, zapewniający grupie założycielskiej legalny status i minimum bezpieczeństwa.Jednak związki zawodowe, w przeciwieństwie do innych organizacji, powinny zaczynać działalność zanim zostaną uznane. W tej fazie związek jest nawet skuteczniejszy, nieskrępowany układami z pracodawcą. Zaczynając działanie staje się dla pracodawcy tak niewygodny, że on ustępuje, by nie ponieść strat; nie czekając na skutki niezadowolenia załogi. Takie są w każdym razie moje doświadczenia z gdańskich, przedsierpniowych wzz. A nawet w czasach, gdy nikomu jeszcze nie śniło się o wzz, więc tym bardziej o "Solidarności", dyrektor w moim zakładzie zawsze wiedział, do kogo przyjść i zapytać, co załoga zrobi, jeśli on postąpi tak a tak. I chociaż zgadzam się, że ujawnienie nazwisk


... jestem za zwołaniem KK. Niech takie spotkanie chociaż zgadzam się, że ujawnienie nazwisk ustali kryteria i przyjmie zasady konstrukcji Związku.

ułatwi robotę tym nowym komitetom założycieskim, to jednak formalna anonimowość, jak widzisz, wcale nie musi być przeszkodą. W tamtych czasach wystarczyło, że w zakładzie ukazało się 20 ulotek z jakimś postulatem i podpisem "załoga", by mieć pewność, że jedna dotrze do dyrekcji, która udzieli odpowiedzi przez głośnik.

— Jednak czasy są inne. Ulotka z podpisem "załoga" nikogo nie przestraszy, bo takich ulotek było już tysiące, a dyrektor i tak wie swoje; że ów podpis kyje małą grupę działaczy.

— Statutowa droga odbudowy organizacji Związku w zakładach — droga oddolnego nacisku jest zapewne dłuższa i trudniejsza, ale w sumie skuteczniejsza i szybciej prowadziłaby do celu. Natomiast obecny kurs, zamiast utrwalać w załogach zdolność do działań niezależnych od władzy, uczy krętactwa, uczy kombinacji z władzą.

— Skoro mowa o statucie Związku: jesteś sygnatariuszem listu 22 działaczy "Solidarności", głównie członków Komisji Krajowej, którzy — bez skutku, jak dotychczas — domagali się zwołania tej Komisji. Wymienia się Ciebie w dokumentach tzw. Grupy Roboczej KK, która wyłoniła się spośród sygnatariuszy, jako uczestnika tej Grupy...

— Na mocy statutu, KK jest najwyższym organem Związku, wniosek skierowany został również zgodnie ze statutem — na ręce Przewodniczącego. Moim obowiązkiem było więc poparcie wniosku, zwłaszcza, że jest wiele spraw trudnych i spornych, który wymagają zabrania głosu przez KK.

— Ale minęło już 6 lat, kadencja władz miała trwać tylko 2, a niejeden z mandatariuszy na pewno utracił kompetencji, by wypowiadać się w zasadniczych kwestiach.

— Co więcej, funkcjonują dziś inne władze, niestatutowe. To jest jakby sytuacja sporna, a § 43 statutu zastrzega, że w sprawach spornych decyduje Komisja Krajowa.

— Rzecznik prasowy obecnych władz "Solidarności", Janusz Onyszkiewicz, twierdzi, że wchodzą w grę partykularne interesy niektórych sygnatariuszy listu i uczestników Grupy, którzy nie mając żadnej realnej bazy ani wpływów chcą podtrzymać swoją rolę społeczną przez reaktywowanie KK w dawnych kształcie

— Pomijając nawet styl wystąpienia rzecznika i przyjmując, że mogą się zarysować interesy partykularne — jestem za zwołaniem KK. Statut poddaje kontroli takie interesy — to jedna z głównych jego funkcji. Nie dziwię się więc, że mamy doczynienia z oporem wobec rozwiązania statutowego. Z drugiej strony dopuszczam oczywiście, że to rozwiązanie ma zwolenników, którzy są nimi również ze względów partykularnych. Skoro jednak ci ostatni występują zgodnie ze statutem, totrzeba nad ich motywami przejść do porządku izwołać Komisję. Zwołajmy ją. Niech się zbierze i nawet zaakceptuje obecny układ władz "Solidarności". Zwołajmy ją nawet z udziałem tych działaczy, którzynie są mandatariuszami. Niech takie spotkanie ustali kryteria i przyjmie jasne zasady konstrukcji Związku. W ten sposób pogodzimy wymagania życia i sytuacji — które przecież rozumiem — z wymaganiami statutu i utrzymamy prawowitość niezbędną, by "Solidarność" pozostała "Solidarnością", by zachowała swoją tożsamość.

— Dziękuję za rozmowę.

W— wa, grudzień 1987

Powrót do wyd. 141
Email: poglad@poglad-berlinwest.de

Forum (Twój komentarz) dot. wydania Poglądu nr 141:
 
Linki:
www.jow.pl
www.edwardklimczak.de (tłumaczenia sądowe: jęz. angielski, niemiecki, polski, rosyjski)
www.userpage.fu-berlin.de/klimczak
www.russischkurs-mgu.de
http://www.solidarni.waw.pl/
 RUS-Zahl