Komentarz polityczny

 

Edward Klimczak
Polsko-niemieckie "pojednanie"

 

W sierpniu i wrześniu słońce świeciło, jak przed 50-ciu laty, ale polsko-niemieckie stosunki nie wyszły ostatecznie z cienia, jaki na nich ciąży od lat. Nie nastąpiło ostateczne pojednanie, choć rocznica mrocznego września 1939 roku była ku temu niebywałą okazją.

Z Niemiec Federalnych do Polski przyjechali nie ci, których oczekiwano najbardziej: ani kanclerz Helmut Kohl, ani prezydent RFN Richard von Weizsiicker, co jest gorzką pigułką dla licznych przecież w Niemczech Zachodnich zwolenników pojednania z Polakami. W końcu 72% Niemców, ankietowanych latem tego roku — tak podała niemiecka telewizja — uważało podróż Kohla do Polski za "konieczną" czy też "pożądaną".

Niejako w zastępstwie wizytę w Polsce złożyli przedstawiciele partii politycznych: minister pracy Norbert Blüm (CDU), premier rządu Nadrenii-Westfalii Johannes Rau czy nadburmistrz Berlina Zachodniego Walter Momper, również z SPD, oraz last not least "Zieloni" na czele z rzeczniczką tej partii w Bundestagu panią Antje Vollmer. W ich oświadczeniach słychać było wolę pojednania z Polakami i chęć wsparcia dokonujących się w Polsce zmian politycznych i społecznych. Podobnie zresztą u niemieckich polityków, którzy pozostali w Bonn, z wyjątkiem jednak przywódców bawarskiej CSU, której szef, Theo Waigel, wystepując w telewizyjnej dyskusji nawet w przeddzień wrześniowej rocznicy jeszcze raz podjął kwestie prawne granicy na Odrze i Nysie. Było widać wolę i chęć pomocy. Różną jednak w zależności od miejsca w spektrum politycznym.

Wspólna zaś dla polityków bońskich jest niemożność oddzielenia ogólnoniemieckiej sprawy pojednania z Polską od miedzypartyjnej walki o sympatie wyhorców. Jak wszędzie w parlamentarnej demokracji, tak i w RFN sprawy wewnętrzne, tj. walka o utrzymanie lub zdobycie władzy, determinują posunięcia w polityce zagranicznej.

Tak więc p. Vollmer na przyjęciu w ambasadzie RFN wykorzystała "pojednanie" do ataku na CDU i SPD: "My -»Zieloni« przyjechaliśmy tu prostą drogą, aby obchodzić rocznicę napadu, a nie zakolami poprzez Matkę Boską Częstochowską czy grób Ferdinanda Lassalle'a we Wrocławiu". W Czestochowie był Blüm, a we Wrocławiu Johannes Rau, który na Śląsku spotkał się też z przedstawicielami niemieckiej mniejszości narodowej. Ponadto hołdując dotychczasowej, dziś już nieaktualnej doktrynie SPD-owskiej Ostpolitik o stabilizacji reżymów w Europie Wschodniej, zawarł z sekretarzem Rakowskim porozumienie o dalszej współpracy obu partii. I to w godzinnej rozmowie! Chyba tylko na cztery lata, bo idę o zakład, że w następnych, demokratycznych (!) wyborach w Polsce socjaldemokraci z SPD nie będą mieli w Sejmie takich krewnych. Jeżeli mieliby trochę wiecej politycznego wyczucia, a chyba i taktu, to już dzisiaj mogliby sie udać piętro wyżej, do Senatu, gdzie zasiada socjaldemokrata autentyczny, przewodniczący PPS Jan Józef Lipski.

Trudno zgodzić się z dochodzącą znad Renu krytyką, że Norbert Blüm, będący "sumieniem" CDU w kwestii praw człowieka, pojechał do Polski, aby wybierać kasztany z ognia, na które on i CDU nie zasłużyli. Przecież właśnie Blüm w sierpniu '87 jednoznacznie opowiedział się po stronie "Solidarności" otwierając wystawę mogunckiego Komitetu Pomocy "Solidarności" w siedzibie CDU w Bonn.

Generalnie jednak główna siła polityczna w bońskim rządzie CDU nie potrafiła wyprowadzić polsko-niemieckich stosunków z cienia, a to za sprawą neonazistowskich republikanów, do których tonacji dostosowuje się koalicyjna CSU z Waiglem w roli głównej. Dylemat rządu RFN i CDU polega dzisiaj na takim przedstawieniu konieczności pojednania z Polską, w tym też pomocy, właśnie tej części nacjonalistycznie nastawionych wyborców, aby mogli oni uznać, że CDU i na tym polu prowadzi słuszną politykę. Nie jest to łatwe. Niełatwo jest też to zrozumieć w Warszawie i w Bonn tym, którzy chcieliby pojednania i przyjaźni polsko-niemieckiej, ponadpartyjnej i niecenzurowanej aktualną koniunkturą polityczną.

 

Berlin, 30.09.1989 r.