Twój komentarz:

Kopfrechts
gb
ger pl Flagge.Pl
Kopflinks
 
 

Pogląd, Wydanie 154 (2), październik 1989 r.
(Strona 22-28)

 
Stosunki polsko-niemieckie
Artur Hajnicz
Opozycja polska a kwestia niemiecka

W pierwszym okresie legalności, w latach 1980-81 "Solidarność" unikała szerszych kontaktów międzynarodowych, poza oczywiście naturalnymi więzami z zagranicznymi związkami zawodowymi. Tygodnik Solidarność świadomie nie miał działu zagranicznego, aby nie drażnić wschodniego sąsiada. Nie krystalizowało się wówczas coś, co można by nazwać polityką zagraniczną "Solidarności" czy w ogóle opozycji.

Stan ten zmienił się w momencie najbardziej dramatycznym, z chwilą wprowadzenia stanu wojennego. Kontakty zagraniczne stały się od razu ważne i to z dwóch powodów: przede wszystkim chodziło o wywołanie protestu, wywarcie z zagranicy nacisku na władze. Po drugie – i to stało się z czasem najważniejsze – chodziło o wywalczenie uznania świata, zaprzeczenie głoszonej oficjalnie tezie, że "Solidarność" to zamknięty rozdział, do którego nie ma powrotu. Uznanie to było potrzebne opozycji także ze względów wewnętrznych, podtrzymywało gasnącą wiarę i pozwalało zwalczać uczucie osamotnienia i beznadziejności.

Na tym ogólnym tle stosunki opozycji z Niemcami, a ściślej z Republiką Federalną, były szczególnie trudne i szczególnie ważne. Stosunki z Niemcami są obok stosunków z Rosją zawsze dla Polski najważniejsze. To nie wymaga dowodu. Ale fakt ten stwarzał wyjątkowe trudności. Nie wszyscy rozumieli, że w stosunkach z Niemcami nie wystarczało samo uznanie, że trzeba było wypracować własną, alternatywną wobec rządowej, politykę polską. Z kolei zaś, z różnych przyczyn, historycznych i wewnętrznych, Niemcy byli znacznie mniej skorzy do uznawania nielegalnej opozycji polskiej niż jakikolwiek inny kraj na Zachodzie. Niemcy nie chcieli, aby pod ich adresem propaganda PRL kierowała zarzuty, że popierają opozycję ze względu na tradycyjną wrogość wobec Polski. Do tego dochodziły jeszcze dwie sprawy: partia socjaldemokratyczna (SPD) wypracowała nową politykę wschodnią, która zakładała uznanie istniejących systemów, co kolidowało z popieraniem opozycji. Zaś chrześcijańska demokracja (CDU) pozostawała w niewoli dawnych schematów, pasujących do czasów pierwszego kanclerza RFN Konrada Adenauera, ale obecnie sztywnych i nieaktualnych. Schematy te nadal ciążą na polityce niemieckiej.

Kwestia niemiecka była więc dla nas twardym orzechem do zgryzienia. Przekonałem się o tym już podczas mojej pierwszej podróży do RFN wiosną 1983 roku, którą odbyłem posiadając luźne, trochę prywatne zalecenia czy upoważnienia ze strony działaczy opozycji. Polegały one na rozmowach odbytych przed podróżą z Tadeuszem Mazowieckim i Bronisławem Geremkiem oraz otrzymaniem listu (do spotkania doszło po powrocie) od głęboko zakonspirowanego szefa podziemnej "Solidarności" (TKK) Zbyszka Bujaka.

Dzisiaj, z perspektywy czasu, patrzę na tę podróż krytycznie. Nie doceniłem wówczas kontaktów z rosnącą w siły i życzliwą nam partią "Zielonych", a także z liberałami z partii wolnych demokratów (FDP). Skoncentrowałem się na kontaktach z DGB  – Unią Niemieckich Związków Zawodowych, z obejmującą rządy chadecją, z socjaJistami oraz z prasą – głównie w Hamburgu i we Frankfurcie. Musiałem też zarobić pieniądze na swoje podróże, częściowo tylko pokrywane przez gospodarzy. Toteż wygłaszałem referaty na uniwersytetach w Tybindze i Kolonii.

Zacznę od DGB. Po przyjeździe z Bonn do Düsseldorfu, najbogatszego i najdroższego miasta niemieckiego, udałem się, oczywiście autobusem, do ogromnego, ponurego wieżowca DGB. Przyjęty zostałem zrazu nieufnie, ale potem serdecznie i nawet wylewnie, przez szefa wydziału zagranicznego Erwina Kristoffersena, będącego po dzień dzisiejszy szczerym przyjacielem "Solidarności". Z Kristoffersenem wyjaśniłem wiele konkretnych spraw, zgodnie z zaleceniami Zbyszka Bujaka. A było co wyjaśniać, gdyż panował pełny chaos. Emigracja solidarnościowa w Republice Federalnej wyglądała fatalnie, żadnego poważnego i autentycznego działacza, za to mnóstwo różnych ludzi przypadkowych, aferzystów, kombinatorów i niebieskich ptaków, podszywających się pod "Solidarność", organizujących nawet złodziejskie zbiórki społeczne.* (zob. przypis red. "Poglądu"). Osobnym rozdziałem była grupa gdańskich stoczniowców w Bremie, niby firmowana przez "Solidarność", grupa przypadkowa, zdemoralizowana i spenetrowana od początku przez SB. Kristoffersen odradzał mi kontakty z nimi i Brema była jedynym miastem na mym szlaku, które ominąłem. Trzeba było wyjaśniać, kto jest kto, bo Niemcy już nikomu nie wierzyli.

Odwiedziłem także związkowców w IG-MetalI we Frankfurcie, w zarządzie DGB w Monachium i jeszcze w kilku zakładach w innych miastach. Ogólne moje wrażenie, niezależnie od okazywanej mi sympatii, nie było najlepsze. Niezrozumienie, czym była i czym jest dla Polski "Solidarność", pomawianie związku o "klerykalizm", "tendencje prawicowe", przymierzanie wszystkiego do swojej, jakże odmiennej sytuacji. Nie brakło też owego niemieckiego podziwu dla sprawnego przeprowadzenia stanu wojennego – "kto by Polaków podejrzewał o tak dobrą organizację ..." Mój ogólny wniosek był następujący: DGB, dzięki kilku osobom w kierownictwie, zachowała się lojalnie i uczciwie wobec "Solidarnośći" w trudnych chwilach. Ale jeśli chodzi o cały ruch związkowy, to "Solidarność" może liczyć na lepsze zrozumienie u związkowców w Ameryce Łacińskiej, na Filipinach czy też u górników w Kuzbasie niż w niemieckim ruchu związkowym. Stan ten ewidentnie pogorszyła polska emigracja po 13 grudnia 1981 r. i później emigracja zarobkowa, dość pazerna, tworząca negatywny stereotyp.

***

Przejdźmy teraz do stosunków opozycji polskiej z wielkimi partiami politycznymi, CDU i SPD. Zacznę od problemu słabo na ogół znanego  – polskiej polityki CDU. Kwestia ta ciąży do dnia dzisiejszego na układzie stosunków polsko-niemieckich. Polskie władze i rządząca PZPR nigdy nie podejmowały prób nawiązania dialogu z tą wielką partią niemiecką. CDU była nie tylko w komunistycznej propagandzie, ale także w świadomości kręgów rządzących, partią zdecydowanie antypolską, rewizjonistyczną. Czarny stereotyp. Jedynie polscy katolicy –Stanisław Stomma, Tadeusz Mazowiecki, Władysław Bartoszewski, Wojciech Wieczorek, Jacek Woźniakowski – podejmowali od początku lat 70-tych poprzez Centralny Komitet Katolików Niemieckich kontakty ze znaczącymi politykami CDU. Sądzę jednak, że kontakty te miały głównie wymiar moralny; było to działanie w kierunku chrześcijańskiego pojednania narodów i nie wypełniało pustki politycznej między władzami polskimi, a niemiecką chadecją. Pustka ta znacznie się pogłębiła w latach 1982-88, po upadku koalicji socjalliberalnej i przejęciu rządów przez koalicję chadecko-liberalną. Był to szok dla władz polskich, które zmianę rządu oceniły wyłącznie negatywnie, nie podejmując nadarzającej się okazji dla osiągnięcia jakiejś zmiany polityki CDU wobec Polski. Co prawda w pierwszych latach po 13 grudnia 1981 r. władze polskie były także mało wiarygodnym partnerem dla Bonn.

Uwzględniając wszystkie te okoliczności, pomyśleliśmy w wąskim gronie o podjęciu przez opozycję odważniejszej próby dyskusji politycznej na temat doktryny i polityki wschodniej CDU. W październiku 1982 r. partia ta znalazła się u władzy po długiej, trzynastoletniej przerwie, w czasie której trzymała się starej doktryny i koncepcji z czasów Konrada Adenauera (SPD rządziła w Bonn od 22.10.1969 r., CDU doszła do władzy ponownie w dn. 1.10.1982 r.). Prosta kontynuacja polityki wschodniej poprzedniej koalicji, także nie była dla CDU zbyt zachęcająca, chociaż tego właśnie oczekiwano w Warszawie. Nadarzała się zatem okazja zaproponowania CDU nowego myślenia – odejścia od sztywnego stanowiska prawno-konstytucyjnego, które zamykało możliwość dialogu z Polską, ku myśleniu opartemu na zasadzie samostanowienia narodów w warunkach aktualnego stanu etnicznego. Opozycja mogła sobie pozwolić na znacznie bardziej otwarte traktowanie sprawy niemieckiej i kwestii zjednoczenia Niemiec. Mogliśmy zaproponować zasadę: Niemcy sami winni decydować o swym losie, a i Polacy winni również w istniejących granicach państwowych i etnicznych decydować o swym losie, oczywiście także o politycznym charakterze swego  państwa.

Przewidzianym rozmówcą miał być przychylnie wobec Polski nastawiony, znający kilku naszych działaczy katolickich Alois Mertes, wówczas minister stanu (Staatsminister) w Auswertiges Amt, tj. zachodnioniemieckim ministerstwie spraw zagranicznych, i doradca kanclerza Helmuta Kohla do spraw polityki wschodniej. Próby uzyskania rozmowy z Mertesem podjąłem zaraz po przyjeździe do RFN w połowie maja, do rozmowy doszło 30. czerwca 1983 roku. Rozmowę tę poprzedziło kilka przygotowawczych obiadów i kolacji ze współpracownikami Mertesa. Mimo niemieckiej precyzji i dokładności – miałem okazję ją z bliska obserwować – rozmowa przeciągnęła się z jednej do dwóch godzin. Mertes w zasadzie przyznał, że CDU nie ma nowej koncepcji polityki wschodniej i polityki polskiej, zaś stare formuły rzeczywiście się przeżyły i nie stwarzają swobody ruchu. Równocześnie jednak Mertes twierdził, że nie rozumiem i nie doceniam wewnętrznych trudności przy próbie dokonania jakiejś zmiany starej doktryny. Bawarczycy z koalicyjnej partii CSU mają swoje ambicje i właściwie nie są zainteresowani polityką wschodnią.

Roli przesiedleńców Mertes nie przeceniał. W sumie obiecał zająć się sprawą, która go zainteresowała. Rozmawialiśmy o podróży Kohla do Moskwy, która zaczynała się za kilka dni, 4 lipca. Mertes odgrywał ważną rolę w jej przygotowaniu. Na koniec zadał mi kilka pytań, na które obiecałem odpowiedzieć pisemnie po powrocie.

Niestety przez trzy tygodnie dobijałem się o rozmowę zanim udało mi się spotkać w zakonspirowanym mieszkaniu z przewodniczącym TKK Zbigniewem Bujakiem i dokonać ostatecznej redakcji odpowiedzi dla Mertesa. On z kolei nie mógł narażać się na pisanie listów do polskiego podziemia. Gdyby to było możliwe, uniknęlibyśmy fatalnych błędów.

Zdawałem sobie sprawę z tego, bardziej niż to sądził Mertes, jakie trudności stały na drodze do zmiany formuły czy doktryny przez polityków CDU. Była to już począwszy od 1957 r. moja piąta podróż polityczna do RFN, dokąd poprzednio jeździłem jako dziennikarz Życia Warszawy. W czasie tych podróży miałem okazję rozmawiać z politykami niemieckimi: deputowanym i wiceprezydentem Bundestagu: Carlo Schmidem (SPD), Heinrichem von Brentano (CDU) (do 1961 r. minister spraw zagranicznych), a przede wszystkim parokrotnie z Herbertem Wehnerem, ideologiem i konstruktorem polityki SPD. Jeszcze w 1961 r., już po powstaniu muru berlińskiego, gdy wiadomo było, że konieczna jest zmiana i odrzucenie starych tabu, socjaldemokraci woleli wciąż nie brać tego na siebie i przerzucić "czarnego Piotrusia Verzichtpolitik”  (polityki rezygnacji) na drugą stronę, na rządzących chadeków.

Toteż Alois Mertes szukał jakiegoś sposobu na zmianę formuły, na łagodne odejście od tabu "stanu wojennego", ale nie mógł przy tym liczyć ani na wsparcie rządu polskiego, zdecydowanie niechętnego chadecji, ani na konsultacje z opozycją, fizycznie niedostępną. W rezultacie wymyślił coś bardzo niefortunnego. Była to interpelacja poselska deputowanego dr. Carla-Otto Lenza (CDU) na temat (ni z tego, ni z owego) "ilu jest Niemców »w rozumieniu konstytucji« na wschód od Odry i Nysy"; rezultatem jej była sławetna odpowiedź Mertesa, która tyle narobiła szumu i złej krwi.

Sam pomysł nie był zły, bo pozwalał na przestawienie problemu z płaszczyzny prawnej na etniczną, ale kauzyperdowska konstrukcja odpowiedzi, przygotowanej chyba przez urzędników, którzy nie wiedzieli, o co chodzi, była fatalna. Gdy się dokładnie wczytać w tekst "pisma Mertesa" wraz z załącznikami, na które się tekst powołuje, m.in. artykuł prof. Wilhelma Grewego, kiedyś doradcy i zaufanego Konrada Adenauera w kwestiach polityki zagranicznej, specjalnie w tym celu napisany, to się okaże, że Mertes zmierzał okrężną drogą do zmiany doktryny politycznej CDU w sprawie stosunku do granic Polski. Toteż Mertes został od razu gwałtownie zaatakowany przez przewodniczącego Ziomkostwa Ślązaków Herberta Hupkę, który w mig pojął, co jest grane. Ale w Warszawie ntkt dokładnie tekstu (tak sądzę) nie czytał.

W grudniu 1983 r. rozpoczęto gwałtowną, hałaśliwą kampanię propagandową przeciw rewizjonistom, którzy "wymyślili milion Niemców mieszkających w Polsce, aby nam zabrać ziemie zachodnie". Kampanią kierował rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban, który nie ma zielonego pojęcia o polityce zagranicznej, a szczególnie o polityce niemieckiej. Urban narobił w tej delikatnej materii tyle szkód, że sobie trudno wyobrazić.

PRL-owską politykę zagraniczną obciąża fakt, że nie podjęto nawet rutynowych rozmów wyjaśniających z politykiem, którego zamierza się zaatakować. Zrobiono więc z Mertesa, człówieka bardzo Polsce przychylnego i otoczonego z tego powodu przeciwnikami, głównego rewizjonistę.

Otrzymałem od Mertesa krótki, pełen żalu list. Próby wyjaśnienia sprawy podejmowane przeze mnie, a także przez Kazimierza Dziewanowskiego i Wojciecha Lamentowicza na łamach prasy podziemnej nie docierały do szerszej opinii publicznej. Przy pomocy ówczesnego ministra spraw zagranicznych PRL Stefana Olszowskiego, Jerzego Urbana i innych heroldów stanu wojennego, rzeczywiści rewizjoniści oraz ludzie niechętni jakiejkolwiek zmianie orientacji w sprawach polskich, zdołali odsunąć od wpływów na politykę wschodnią Aloisa Mertesa, który wkrótce zmarł na zawał serca.**

Pan prezydent Wojciech Jaruzelski i sekretarz Mieczysław Rakowski nie mają żadnego powodu, aby dzisiaj narzekać na wypowiedzi następcy Straussa i przewodniczącego bawarskiej CSU Theo Waigla oraz przewodniczącego frakcji parlamentarnej CDU/CSU w Bundestagu Alfreda Dreggera. Oni to sami przygotowali swoją krótkowzrocznością, niekompetencją, a przede wszystkim tradycyjnym rozgrywaniem karty niemieckiej w wewnętrznej walce politycznej  – ze szkodą dla interesu narodowego.

***

Miejsca Mertesa początkowo nikt nie zajął. Cała polityka zagraniczna spoczywała przez wiele lat w rękach ministra spraw zagranicznych Hansa-Dietricha Genschera, polityka FDP. Powstała zatem niezdrowa sytuacja, gdy rządząca partia chadecka, jako główna siła polityczna, nie miała praktycznie swego przedstawiciela w ministerstwie spraw zagranicznych. Kanclerz Helmut Kohl jest obrotnym pragmatykiem, ale CDU nie miała nadal człowieka, zajmującego się konceptualnie polityką wschodnią. Tym także można m.in. wytłumaczyć obecną sytuację, gdy tak niezwykła okazja, jak 50-lecie wybuchu wojny, została przez oba rządy zmarnowana.

Opozycja polska podejmowała różne próby nawiązania rozmów z politykami CDU, m.in. z Bernardem Voglem, zastępcą przewodniczącego partiiCDU/CSU, podczas jego pobytu w Warszawie w listopadzie 1983 r. Politycy chadeccy wykazali zainteresowanie, ale równocześnie niezwykłą ostrożność, wręcz tchórzostwo, aby nie być oskarżonym o jakieś kontakty z podziemiem, jako przysłowiowi rewizjoniści i "chłopcy do bicia". Ta ostrożność nie odpowiadała działaczom polskiej opozycji, którzy traktowali to zachowanie jako wręcz obraźliwe.

Nie mogę też powiedzieć niczego szczególnie przychylnego o środowiskach mieszczańskich, stanowiących zaplecze CDU. Dla tych ludzi "Solidarność", a więc związek zawodowy robiący strajki, a potem organizacja podziemna prowadząca nielegalne akcje i demonstracje – to nie był właściwy partner. "Solidarność" mogła tylko zakłócić błogi spokój, jej działania nie mieściły się w poglądach na "realistyczne" traktowanie świata. Siedzący pod skórą strach przed potęgą radziecką kojarzył się z pewną nawet niechęcią do szaleńców porywających się z motyką na słońce.

***

Siłą rzeczy szersze i częstsze kontakty dotyczyły SPD. Podczas wspomnianej mojej podróży w 1983 r. spotkałem się w Bundestagu z byłym ministrem sprawiedliwości i deputowanym SPD Gerhardem Jahnem – i to z jego inicjatywy, którą przekazano za pośrednictwem bońskiego MZS. Była to trudna, wręcz gwałtowna rozmowa, w czasie której przedstawiłem wszystkie nasze pretensje o zachowanie się SPD od chwili proklamowania stanu wojennego. Mówiłem o odmienności postawy SPD w porównaniu z innymi partiami na Zachodzie. Nie robiło to na moim rozmówcy większego wrażenia. Jahn oznajmił mi, że SPD uważa za słuszne rozwijanie nadal stosunków z rządzącą w Polsce partią, gdyż to łagodzi sytuację w Europie. Rozmowa ta odbyła się jak się wydaje, ze względu na lojalność okazywaną "Solidarności" przez DGB. Chodziło też o pewne ogólne rozeznanie tego, co reprezentują ludzie z polskiej opozycji i czego chcą.

Wielu działaczy SPD średniego szczebla, którzy zetknęli się z "Solidarnością", bardziej lub mniej z nią sympatyzowali. Niektórzy, jak np. Klaus Reiff, obecnie rzecznik SPD-owskiej fundacji im. Eberta, podejmowali różne wysiłki, aby doprowadzić do jakiejś współpracy. Tendencje te napotykały jednak na zdecydowany sprzeciw władz partyjnych. Niektórzy politycy SPD, wymienię tu choćby pana Hansa-Jürgena Wischniewskiego pochodzącego z ziemi mazurskiej, zachowywali się wręcz grubiańsko. H.-J. Wischniewski, członek prezydium frakcji parlamentarnej SPD w Bundestagu, odrzucił gwałtownie podczas swojego pobytu w Polsce w grudniu 1984 roku osobiste zaproszenie do domu nestora polskiego socjalizmu, członka PPS od 1905 r., prof. Edwarda Lipińskiego. Zdarzały się też inne afronty, za które potem przepraszano.

Nie zapomnę rozmowy, którą odbyliśmy ze starym działaczem SPD, do 1978 roku szefem rządu krajowego w Nadrenii-Westfalii, Heinzem Kühnem. Kühn mówił, że nie jesteśmy opozycją, bo nie mamy posłów w parlamencie i nigdy mieć nie będziemy. Przypomniał, że gdy był na emigracji w Belgii, socjalistyczny premier Henri Spaak zakazał mu wydawania pisma, aby nie drażnić Hitlera. I teraz socjaldemokraci niemieccy nie mogą uznawać "Solidarności", aby nie drażnić Jaruzelskiego. Obecny przy rozmowie Janek Strzelecki gwałtownie zaprotestował przeciw uwłaszczającemu godności Polaków, niezależnie od ich poglądów, porównywaniu generała Jaruzelskiego do Hitlera.

Pewna nieznaczna poprawa w stosunkach z SPD nastąpiła w grudniu 1985 r. podczas pobytu wówczas przewodniczącego SPD Willi Brandta w Polsce w rocznicę polsko-niemieckiej umowy z dn. 7 grudnia 1970 r. Brandt spotkał się z grupą działaczy KlK-u, w tej liczbie z Tadeuszem Mazowieckim i Andrzejem Wielowieyskim. Uważam, że Brandt był elastyczny, ale jego otoczenie pozostawało sztywne i niechętne (np. ideolog polityki wschodniej Egon Bahr). Podróż Brandta poprzedziło opublikowanie w piśmie teoretycznym SPD Frankfurter Hefte / Neue Gesellschaft (nr 11) artykułu wiceprzewodniczącego frakcji partamentamej SPD w Bundestagu Horsta Ehmkego. Artykuł prezetuje generalną linię SPD wobec dysydentów w Europie Wschodniej. Stosunek ten jest negatywny, nie ze względów emocjonalnych, ale z powodów taktycznych i strategicznych. Celem SPD w polityce wschodniej jest odprężenie. Natomiast jakikolwiek kontakt lub wsparcie dla opozycji może spowodować destabilizację, pogarsza też stosunki między RFN a krajami socjalistycznymi, co jest sprzeczne z polityką pokoju i odprężenia. Artykuł ten jest dobrą ilustracją polityki wschodniej SPD w latach 80-tych. Odprężenie traktowane jest tam jako dążenie do utrwalenia sytuacji wewnętrznej w obozie sowieckim.

W porozumieniu z Tadeuszem Mazowieckim, Bronisławem Geremkiem, Januszem Onyszkiewiczem napisałem obszerną polemikę z poglądami Ehmkego. Artykuł mój zamieściło pismo Frankfurter Hefte / Neue Gesellschaft w czerwcu 1986 r., w polskim tłumaczeniu ukazał się on następnie w Krytyce. Nie będę tu streszczał swoich wywodów. Nie sądzę, aby artykuł ten wywarł jakikolwiek wpływ na postawę elity SPD. Na zmiany czy raczej korekty w polityce SPD wpłynęła kolejna porażka wyborcza i krytyka płynąca od dołu przeciw owej sztywnej postawie SPD w polityce zagranicznej, określanej jako Staatsfetischismus (fetyszyzm państwowy).

Wynikiemm chyba tej korekty było to, że w dniu 31 października 1987 r. odbyła się kolacja „pojednawcza”, na której nowy przewodniczący SPD Hans-Jochen Vogel oraz Bronisław Geremek wygłosili przemówienia, mające zakończyć okres sporów i nieporozumień.

Nie wolno pominąć w tym pobieżnym przeglądzie naszych kontaktów z "Zielonymi". Z pewnych powodów współpraca ta nie była doceniana i u nas. "Zieloni" angażowali się w akcje antyrakietowe, wspierane i często inicjowane przez KPD — komunistów niemieckich. Ale "Zieloni" są partią niejednolitą, w ich szeregach jest wiele sympatii i zrozumienia dla "Solidarności" także dlatego, że jest to partia niekonwencjonalna. Istotne znaczenie miała współpraca "Zielonych" z naszym ruchem pokojowym "Wolność i Pokój". Niezmordowaną rzeczniczką współpracy z polskimi środowiskami opozycyjnymi jest pani Elisabeth Weber.*** "Zieloni" wspierali też dążenia polskiej opozycji oraz litewskiego Sajudisu, Estończyków i Łotyszy w dążeniu do uznania paktu Hitlera ze Stalinem z 23 sierpnia 1939 r. za nielegalny.

W związku z tym warto przypomnieć podróż ministra spraw zagranicznych Genschera do Polski i jego spotkanie z Lechem·Wałęsą, które odbyło się 12 stycznia 1988 r. w Warszawie. Genscher kilkakrotnie przymierzał się do jakiegoś "polskiego otwarcia", począwszy od 1984 r. Wówczas jego podróż została w dramatycznych okolicznościach w ostatniej godzinie odwołana. Według posiadanych przeze mnie informacji odpowiedzialność za to wyjątkowe niepowodzenie obiąża głównie stronę polską. Niezgrabność, sztywność, brak rozeznania, a nawet, powiedziałbym, nieznajomość pewnych obowiązujących obyczajów, doprowadziły do owej dyplomatycznej kraksy. Oficjalnie podano kilka ubocznych powodów, nie mających żadnego większego znaczenia. Opinia polska i niemiecka nie znają okoliczności tej sprawy, nie wiem, czy w oficjalnej Warszawie wydarzenie do zostało kiedykolwiek rzetelnie przestudiowane i ocenione. Ale to nie odnosi się do naszego tematu.

Po pięciu latach, w których Genscher bywał w Polsce bądź przejazdem, bądź dorywczo, dopiero w styczniu 1988 r. nastąpiła skrupulatnie przygotowana podróż do Polski. Do bardzo bogatego dwudniowego programu zostało włączone także spotkanie z Lechem Wałęsą i kilkoma towarzyszącymi mu osobami. Było to pewne novum, bo Genscher był pierwszym z czołowych polityków Republiki Federalnej Niemiec, który spotkał się z Wałęsą w 1987 roku. Ehmke odwołał zapowiedzianą już podróż do Gdańska w 1987 r. z powodu Czermobyla, H.-J. Vogel rozmawiał tylko z gronem warszawskich polityków opozycji. Równocześnie jednak – jest to moje osobiste odczucie – rozmowa ta została protokolarnie "ustawiona" skromniej, niż oczekiwaliśmy (nie kolacja, jak zapowiadano, ale "kawa"), co nie stwarzało okazji do rzeczywistej rozmowy politycznej. Wręczenie po "kawie" aide-memoire przez Janusza Onyszkiewicza wywołało pewne zdziwienie. Wałęsa, niczym nie zrażony, swoje wyłożył, ale na dyskusję już nie było czasu. Genscher powiedział niemieckim dziennikarzom, że Wałęsa wywarł na nim wrażenie wybitnego, zdecydowanego polityka i działacza. Genscher, jak mi się wydaje, starał się po kilku miesiącach w innych już okolicznościach poprawić w Paryżu tę niewykorzystaną dostatecznie w Warszawie okazję, ale tu także nie było warunków, brakło też było odpowiedniego przygotowania.

Otóż na tej "kawie" 12 stycznia 1988 r. Wałęsa wysunął kwestię paktu Hitlera ze Stalinem, zaś Onyszkiewicz wyjaśnił, że opozycja domaga się uznania go za nieważny i niebyły, czego dotychczas Republika Federalna nie uczyniła. Genscher był wyraźnie zaskoczony wysuwaniem przez opozycję problemów wagi państwowej, których strona rządowa podjąć nie mogła. Niektórzy działacze opozycyjni uważali ten "wyskok" za błąd polityczny. Ja osobiście, będąc w tę inicjatywę bardzo zaangażowany, uważam, że było to działanie z długą perspektywą, uprzedzające sprawy przed jakimi stanęliśmy w 50-tą rocznicę zawarcia tego paktu i wybuchu drugiej wojny światowej. To wyprzedzenie pozwoliło nam na uzyskanie (z pomocą partii "Zielonych") ekspertyzy prawnej tego problemu i na umiejętne i skuteczne rozegranie tej kwestii.

Czy można pokusić się już teraz na jakiś bilans całości kontaktów opozycja — RFN? Wydaje się, że podejmowane przez nas wysiłki nie dały większych wyników. Zaproponowałbym następującą ocenę  — z naszej perspektywy: Polska nadal nie ma polityki niemieckiej, Republika Federalna nadal nie ma polityki polskiej.

Artur Hajnicz
________________________________________

Przypisy redakcji:

• Dnia 4. września premier Tadeusz Mazowiecki mianował specjalnego pełnomocnika do rozmów z kanclerzem RFN, Helmutem Kohlem. Rozmowy mają zmierzać do uregulowania stosunków między obu społeczeństwami i państwami. Pełnomocnikiem premiera został Mieczysław Pszon, działacz katolicki i specjalista od problematyki polsko-niemieckiej. (red.)
________________________________________

• Przypadki podszywania się w RFN pod "Solidarność", abstrahując od bremeńskiego "Biura Informacyjno-Koordynacyjnego »Solidarność." (utrzymywanego zresztą do jesieni 1983 r. przez DGB), były jednostkowe. W 1983 r. jakiś tam fałszywy ksiądz czy inny "nawiedzony" zbierał w Bawarii datki na "Solidarność", co zostało szybko zdemaskowane przez władze i podane w prasie. Niemcy zresztą nie byli do dawania pieniędzy skorzy: działająca w Berlinie Zach. do końca 1983 r. tzw. Grupa Robocza "S" (pismo Przekazy), w skład której wchodzili też autentyczni działacze "S", otrzymała raptem 12 tys. DM z datków, tuż po ogłoszeniu stanu wojennego. Dla porównania sumy uzyskane np. przez paryski komitet "S" opiewały na kilka milionów franków. Obraz przedstawiony Autorowi przez DGB nie odpowiada więc posiadanym przez Pogląd (jako stowarzyszeniu istniejącemu od stanu wojennego) informacjom.

•• Alois Mertes zmarł dn. 16 czerwca 1985 roku.

••• Pani Elizabelh Weber, działaczka partii "Zielonych", współpracowniczka frakcji tej partii w Bundestagu, publikowała w Kulturze i Krytyce (wszystkie przypisy od redakcji)