Tygdnik "Nowy Tydzień" z Chełma na swoim internetowym portalu konfrontuje byłego redaktora Poglądu Romana Żelaznego z zarzutem o agenturalność

Internetowy portal tygodnika "Nowy Tydzień" z dnia 1.04.2010 poświęca pierszą stronę aferze wokół zdemaskowanego przez IPN agenta UB Romana Żelaznego, byłego współpracownika Poglądu (1984-1987), obecnie wydawcę powiatowej gazety "Echo Krasnegostawu". "Nowy Tydzień" skonfrontował Żelaznego z moimi zarzutami pod jego adresem (por.: Roman Żelazny), ten jednakże odmówił w liście do redakcji NT zajęcia stanowiska, dwa dni poźniej nie szczędząc w swoim piśmie talentu na atak na moją osobę. Oto co pisze "Nowy Tydzień" reasumując aferę:

W swoim tekście-obronie Żelazny przede wszystkim skupia się jednak na próbie dyskredytacji Klimczaka. Nazywa go „słabym scenarzystą”, „frustratem”, „człowiekiem, któremu w życiu nie wyszło”. Sugeruje, że w przeciwieństwie do Klimczaka nie zniży się, by opowiadać o kochankach, romansach, orientacjach seksualnych ludzi, których znam i z którymi współpracowałem. Za nic! Zostawiam to zajęcie EK. On to lubi i jest w tym dobry. Pamiętam u niego wypieki na twarzy, gdy rozmowy schodziły na tematy obyczajowe - pisze.

Odpowiem prosto i jasno: jakie powody do frustracji i negatywnej oceny własnego życia może mieć człowiek, który przez 33 lata zajmował wysokie, absolutnie niezależne i samodzielne stanowisko naukowo-dydaktyczne (podległy li tylko demokratycznie wybieranej Radzie Instytutu) na — dzisiaj zaliczanym do elitarnych uniwersytetów — Freie Universität Berlin i odszedł z niego na emeryturę kilkakrotnie przewyższającą pensję uniwersyteckiego profesora w Polsce? I może na nim pracować dalej jako freelancer (bo jest pracoholikiem). Dlatego też uniwersyteccy koledzy w Polsce tytułują mnie "profesorem", a moje protesty na nic się tu nie zdają.

Tylko dzięki temu stanowisku (7 miesięcy pracy rocznie w ciągu dwu semestrów po 12 godzin zajęć tygodniowo = dwa dni w tygodniu podczas semestru i pięć miesięcy w roku wolne dla orki na rzecz Solidarności) było możliwe  stworzenie najsilniejszej organizacji prosolidarnościowej w Wolnym Świecie. Oto co pisze w 2003 roku o Poglądzie ówczesny przyjaciel Żelaznego, redaktor Poglądu Czesław Karkowski, po dalszej emigracji z Berlina Zachodniego do USA (1984) redaktor i redaktor naczelny największej w Ameryce polskiej gazety "Nowego Dziennika" w Nowym Jorku. Por. jego esej "Dwa lata z Poglądem":

Wielokrotnie zastanawiałem się, w czym tkwiła tajemnica naszej trwałości. Istnieliśmy bodaj nawet dłużej niż potężniejszy od nas "Kontakt", wychodzący w Paryżu pod redakcją Mirosława Chojeckiego z c ałą plejadą najlepszych piór na emigracji i z kraju. Miał za sobą organizację, pieniądze, wysokie poparcie polityczne i znane nazwiska. Trwaliśmy dłużej niż silne pisma solidarnościowe: biuletyn wydawany w Paryżu przez Seweryna Blumsztajna, przez Marka Garzteckiego w Londynie, przez Aleksandra Świeykowskiego w Sztokholmie. Nie raz dyskutowałem na ten temat z Romanem Żelaznym. Zaczynaliśmy bardzo skromnie, a jednak przetrwaliśmy większość "potentantów". Pogląd był bezsprzecznie jednym z najdłużej ukazujących się pism spod znaku "Solidarności" — spośród wszystkich publikacji wydawanych na Zachodzie po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Co się na to złożyło?

Właśnie! Czesław i Julita Karkowscy (piszący pod pseudonimem  Kamski - por. Autorzy Poglądu) opuścili Pogląd i Berlin Zachodni w 1984 r., a Czesław pisze, że "trwaliśmy" dłużej niż inni, choć go przy tym, bo przecież od 1984 r., już nie było. Tu jednak — w Poglądzie — były jego dziennikarskie początki, tak samo jak i Żelaznego. Czesław przysyłał później artykuły z Nowego Jorku. W tych słowach "trwaliśmy", "naszej trwałości" i "istnieliśmy" widać jego silną identyfikację z pismem i grupą ludzi, którzy je tworzyli, nawet po 20 latach. A w pierwszych wierszach swojego eseju o Poglądzie Czesław pisze tak:

Berliński Pogląd był u swych początków zupełnie szaleńczym przedsięwzięciem. Nie dlatego, że do jego redagowania wzięła się grupka fanatyków, koniecznie chcących wydawać pismo w trudnych warunkach. Bynajmniej. Był tylko jeden fanatyk – Edward Klimczak, bezsprzecznie spiritus movens wydawnictwa. Gdyby nie on, właściwie całość nie zaistniałaby albo nie przetrwałaby nawet miesiąca. Tylko dzięki jego uporowi (a upór miał iście chłopski), jego dziwacznej wewnętrznej motywacji do wydawania periodyku po polsku dla Polaków w Berlinie Zachodnim, dzięki chorobliwej ambicji, choć nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób może się on realizować przez Pogląd, wydawnictwo istniało tak długo.

I tu wyjaśnię Czesławowi motywy moich szaleńczych działań. Realizować mogłem się na moim uniwersytecie, a zrezygnowałem z tego świadomie, wybierając walkę o Solidarność za to, że wróciła mi moje korzenie, moją tożsamość i wolną Polskę, o jakiej marzyłem, która otworzyła Polakom drogę do Wolnego Świata, a w tym i mojej Matce do mnie, bo komuna odmawiała jej przez osiem lat wydania paszportu na widzenie się z synem. Miałem przeogromny dług wdzięczności wobec Solidarności, który postanowiłem w momencie zagrożenia (przyjaciół poznaje się w biedzie) spłacić ze wszystkich sił, bo byłem zawsze ekstremalny (vide iście chłopski upór). I to mi się powiodło. I to jest jeden z wielu sukcesów mojego życia, może największy.

A jeśli chodzi o finanse, to jako tłumacz w latach 90. zarobiłem aż tyle, że mogłem sobie pozwolić na latanie z synem samolotem — w tym też prywatnie wynajętym na Florydzie (z przyjacółką — ach te kobiety!) — od Key West przez Miami, St. Petersburg, Washington, New York do Niagara Falls, Toronto i Detroit. Europę znam również bardzo dobrze, co dzisiaj jest zupełnie normalne. Liznąłem też trochę Afryki i Azji. A Rosję zjeździłem wiele razy w kółko (około 30 razy) — od Moskwy i St. Petersburga przez Złoty Pierścień, Nadwołże, Ural, Bajkał, Transsib, BAM, Kaukaz i Sachalin. Coś z tego jest na moich stronach w internecie. And a command of several languages? Tego starczyłoby na dwa życia.

Wśród internetowych gratulantów z okazji przyznanego mi niedawno odznaczenia — Oficerskiego Krzyża Zasługi Rzeczypospolitj Polskiej — jest również nieznany mi człowiek, który namawia mię do napisania książki autobiograficznej. Na to nie mam jeszcze sił, bo walczę (jak zawsze chorobliwie walczę!) z rakiem w ostatniej fazie, jestem jednak dobrej myśli. Jest zatem jeszcze wiele — pracoholicznie — do zrobienia. Więc temat osobowości ludzi Poglądu, w tym marginesowo obyczajowości i kultury osobistej ówczesnego agenta UB i MSZ Romana Żelaznego, zostawiam tymczasem na boku.

Edward Klimczak
Berlin, 3.04.2010