Leszek Woźniak napisał w dn. 22.03.2010 roku komentarz do eseju Czesława Karkowskiego "Dwa lata z Poglądem" :

 

 

Powtórzenie z poprzedniej strony

 

Czytaj dalej

 

/przepraszam za brak polskiej czcionki i bledy w pisowni jakie zapewne popelnie, ale coz, lata leca...czasy mojej "pogladowej" przygody sa tylko dalekim wspomnieniem a jezykowe "zniemczenie " zrobilo swoje/

 

Edward Klimczak wpisał polskie znaki diakrytyczne i wyrównał interpunkcję, nie redagując tekstu.

 

Artykuł mojego znakomitego kolegi i przyjaciela z czasów Poglądu Czesława Karkowskiego początkowo bardzo mnie ucieszył, no bo nareszcie ktoś coś o tych jakże mocno zapomnianych czasach podboju "dzikiego zachodu" przez solidarnościową, młodą emigrację, nareszcie ktoś coś o nas, zwariowanych rewolwerowcach z biało-czerwonymi kulami dla "świni jaruzela", nareszcie ktoś coś o narodzinach naszego źrebaka… Poglądu, który tak zadziwiająco szybko i sprawnie wyrósł na ogiera pustynnej prerii polskiej emigracji … nareszcie!!!

 

Ale już po pierwszych minutach lektury zorientowałem się, że coś jest nie tak, że prawie nic z tego, co mój zacny kolega napisał o początkach naszej wydawniczej batalii, nie opiera się na faktach, które zaistniały w rzeczywistości. Odniosłem raczej wrażenie, że Karkowski w swoim eseju przytacza mało wiarygodne ploteczki, zasłyszane przy redakcyjnym stole lub przy kuflu piwa, kiedy to szanowni, a wielce spracowani redaktorzy Poglądu dla odprężenia umysłu opowiadali sobie przeróżne koszałki-opałki i jakieś prześmieszne anegdoty z dawnych czasów. I tak przecież musiało być!

 

Bo ani Czesław, ani Julita Karkowscy przy narodzinach naszego źrebaka nie byli, a więc opisane wydarzenia znają li tylko tylko z ustnych przekazów, których w dodatku nie poddali żadnej weryfikacji!

 

A szkoda. Bo przecież dość łatwo było skontaktować się z kimś z nas, kto przy tym był i tę zupę — najczęściej podczas nieprzespanych nocy — mieszał.

 

No tak, ktoś powie "ale Edek Klimczak… był, zakładał, mieszał w tym kotle największą łychą, więc chyba pamięta, chyba podpowiedzial coś?"

No tak, ale ja nie wiem, czy autor w ogóle konsultował się w tej sprawie z Edwardem, a jeśli nawet tak było, to przecie wszyscy wiemy, ile ten Tytan organizacji i bezustannego działania w niezliczonych kierunkach miał — i ma do dzisiaj, jak słyszę  — na głowie i iloma wielkimi łychami mieszał w zupach o przeróżnych smakach. A więc wiele wydarzeń mogło zatrzeć się w jego pamięci.

 

W każdym razie, szanowny kolega z N.Y-orku nie zadał sobie nawet trudu, aby zajrzeć do mojego rocznicowego artykułu w Poglądzie — tak Czesławie wielce miły! — ja też zamieszczałem artykuły na łamach naszego pisma, nawet wielokrotnie. I nawet Leszek Kaleta, którego wrzuciłeś do rubryki "niepiszący" potrafił nie tylko zarządzać kancelarią, ale też umiał władać piórem i to wcale dobrze — polecam wgląd do serii artykułów o sytuacji rolnictwa w Polsce. Autor: Leszek Kaleta —, w którym opisuje pewne wydarzenia z przeszłości.

 

 

A więc przy lekturze zacukałem się (staropolskie!) nieco i pomyślałem: przyjaciel z Hameryki wpuścił "dziennikarski KIT" do internetu, a co gorsza też do książki o emigracji i do — tak podejrzewam — paru hamerykanskich gazet. 
Pojęcia " dziennikarski KIT" nie używam tutaj w sensie pejoratywnym, uchowaj boże!!! "D.K." oznaczało w redakcji zawsze jakiś tam artykuł, który co prawda rzetelny był, ale służył tylko do zaklejenia dziury między szpaltami, a to oznacza, że wielu, wielu czytelników dostało do łapy esej z pogranicza gatunku science fiction, a to na pewno nie pomoże im — najczęściej młodzikom w zrozumieniu tych jakże odległych, owianych mgłą, historycznych w końcu wydarzeń.

 

A więc siedzę sobie zacukany taki, pogryzając cytrynę, a co? — minę mam już i tak skwaszoną — i czytam dalej.

 

Rany!!! Stasio Lem niech się schowa ze swoimi "Bajkami robotów"!...Ten esej... to jest dopiero produkcja! Jakaś "ruda dziewczyna" zakłada z nami Pogląd.  Czesiu! To był zafarbowany na rudo szatyn! Rewolwer wystawał mu z kieszeni spodni! A jakoś się tak składa, że Wiewióra (redakcyjne pseudo Joasi z Sanguszków) to była...dziewczyna, z którą wtedy chodziłem, a więc wiem najlepiej, że jej tam nie było. Włodka Nechamkisa, JEDYNEGO człowieka wśród założycieli   — literata z krwi i kości, który pisaniem zajmował się zawodowo, Karkowski zupełnie zbył milczeniem, a Bartkowi (Koziewiczowi — przyp. KED), który był posiadaczem pozwolenia na pobyt i pracował w ciągu dnia "na biało", przykleił nalepkę faceta, który "z braku czegoś innego do roboty" rozwoził nas nocami do naszych mieszkan. A Pawła Kowalczyka, 17-letniego antywroniaża w ogóle nie było... nie istniał — no co tam...o gówniarzach, którzy zwiali do Berlinia Zachodniego, a ich rodzice w Polsce prześladowani byli przez UB za balowanie pociech w Poglądzie, pisać nie warto… wiadomo, żadne to NAZWISKA = żadna korzyść — i tyle.

 

Czesław nie pisze o tych ludziach… i jeszcze o innych też, bo nic o nich nie wie, bo go przy tym nie było, ale skoro tak, to po jasną cholerę w ogóle zabiera sie za CAŁĄ historię Poglądu. Owszem, może pisać o tym, co sam przeżył czy zrobił, ale w okresie swojej pracy w redakcji.

 

I tylko … taka natrętna myśl szturcha mi w czachę: jeśli andersenuje o pierwszym, założycielskim okresie pisma … to kto wie, czy cała opisana reszta nie zawiera sporej dozy S.F.??? Ja tego nie wiem na pewno, bo wycofałem się z redakcji, kiedy pojawiły się wreszcie płatne posady dla redaktorów i "technicznych" i związane z tym obrzydliwe walki o stołki i wynagrodzenia, których znieść i zaakceptować nie potrafiłem i nie chciałem, zresztą nie tylko ja, bo pokazał plecy również Kowalczyk i jeszcze chyba ze dwie osoby. Wtedy też, jeśli się nie mylę, bo przy tym już nie byłem, objął stanowisko redaktora Cz.K.

 

Czesław nie pisze o tych ludziach.....i jeszcze o innych też, bo nic o nich nie wie, bo go przy tym nie było, ale skoro tak, to po jasną cholerę w ogóle zabiera sie za CAŁĄ historię Poglądu. Owszem, może pisać o tym, co sam przeżył czy zrobił, ale w okresie swojej pracy w redakcji.

 

I może jestem namolny i trochę " bitter" (tylko co połknąłem pestki z tej cytryny, gorzkie jak to, o czym piszę właśnie) ale ciagle zastanawiam sie, gdzie te baby i ci faceci "chwili pierwszej" zniknęli ? Bo dla mnie oni są nadal istnieją po prostu, dzwonią nawet i chodzimy na piwo, i też gorzko im w gębach jakoś, NO BO PRZECIEŻ…, ale o tym za chwilę. I chcę wyjaśnić pewną kwestię. Bo przecież czytelnik zapytać może "czemu dopiero teraz te jęki ze świata zapomnianych pojawiły się? Czemu właśnie teraz?"

 

Proste pytanie — prosta odpowiedź. Mamy dzis 23 marca 2010 r.: o godz. 18.00 w Ambasadzie Rzeczypospolitej Polskiej w Berlinie odbędzie sie uroczystość wręczenia Krzyża Oficerskiego Orderu Załugi RP Panu Edwardowi Stanisławowi Klimczakowi. I to wszystko dlatego. Odżywają wspomnienia, pojawia się nostalgia, wielu z nas odczuwa dumę, inni rozdrapują stare rany. Ale na pewno każdy z nas wie jedno. Ten krzyż należy sie Klimczakowi, a jego cząstki należą się wszystkim tym, którzy z dobrą intencją w sercu postawili choć raz nogę w redakcji Poglądu, którzy choć raz przekazali jakiś egzemplarz pisma komuś tam, którzy kiedyś tam mieszali farbę na sciany piwnicy przy Katzbachstrasse, którzy przy jakiejś tam Strasse powiewali flagami KOS, którzy … … … … … … … … można by wyliczać prawie przez całą noc.

 

I o tych ludziach piszę właśnie. Oni nie nosili znanych nazwisk, nazwisk, jakimi otaczali się i robią to nadal w swoich publikacjach niektórzy dawni redaktorzy Poglądu, jakże często wykorzystując je dla czystej samoreklamy. (O! Jak często robił i robi to nadal sławetny Pan Z…, człowiek z uszami pełzajacymi pod stołami i z kompletem mikrofonów w pępku.) Oni po prostu robili swoje, może niekompetentnie, może po łebkach, ale jednak robili. A cena, jaką za to niektórzy z nich zapłacić musieli, nie była zbyt niska.

 

I napiszę teraz o tym, co sam przeżyłem, co sam doswiadczyłem i zakosztowaem ...o tej właśnie cenie, jaką zapłaciłem ja, Leszek Kaleta, Pawel Kowalczyk, Włodek Nechamkis i inni … napiszę o tych właśne chłopakach… bo ich historię znam i wiem, że są prawdziwe. I tu zacytuję słowa redaktora Karkowskiego: "…mieli więc czas, (Polacy w Berlinie – przyp. L.W.) który trzeba było zapełnić, i grupka takich właśnie osób zebrała się przy wydawaniu Poglądu. Powiedzialbym: z braku lepszego zajęcia i dla zapełnienia czasu" (koniec cytatu). Oj, panie kolego z dalekiego N.Y-orku..(na pańskie szczęście...bardzo dalekiego). Te słowa jednak podniosły z lekka mój jakże niski ostatnimi czasy poziom adrenalinki i to tak, że musiałem zakąsić bardzo krwistym stekiem z dużą ilością smażonej cebulki, która jak wszyscy wiedzą, swoją wonią przesłania nawet najbardziej penetrujące wyziewy, a zgoła i smrody wszelkiej prowieniencji i maści. I nie będę ich komentował, jako że sam przecież, z racji mojego zawodu, wpajam moim pacjentom do głów zasadę: nie oceniaj innych, przyjrzyj się lepiej samemu sobie.

 

Nie będę sie jednak opierał wielkiej pokusie, jaka mnie właśnie perfidnie podżera, zamieszczenia komentarza do słów Czesława, wypowiedzianych przez … a jakże, jednego z moich pacjentów, nieszczęsnego człowieka o dość znacznym majątku, ale o dość nieznacznym poczuciu swojej wartości, którą to przypadłość usiłujemy od niejakiego czasu wspólnymi siłami zwalczyć, choć jak na razie, sadząc po postępach, tenże majątek stanie sie wkrótce moim majątkiem (no cóż, leczenie kosztuje). W każdym razie ten miły skądinąd człowiek był dawno, dawno temu (tak dawno, że może to nieprawda) oficerem SB w prześlicznym mieście Krakowie … rozgadałem się, a więc dość, teraz do rzeczy.

 

Komentarz brzmiał, cytuję dosłownie: "Wiesz Pan co, panie Leszek? Jak ja bym miał taki materiał wtedy… nooo, to by było wesele w naszej budzie! Na cztery fajerki i dwie flachy wyborowej!" — (Na sto procent poszłoby w "Trybunie" — przyp. L.W.) — "Banda nierobów na zasiłku, która sp....doliła z kraju, robi na łonie nażartej mamci niemry jakieś tam Kosy i Solidarności"...ha, ha! Takie podszewy kroiliśmy też tym robolom z Huty! (Huta im Lenina — przyp. L.W.). Szkoda, że ten Krukowski tera to napisał....chociaż? Wiesz Pan co? Niektórym dawnym kolegom, co to kręcą tera w demokracji, może sie to jeszcze przydać!"

 

Powiem otwarcie: jestem przekonany, że Karkowski nie napisał tego eseju, aby "on się komuś jeszcze przydał".

 

Myślę, że raczej zabrakło mu dziennikarskiej etyki i rzetelności. Potrzebował tylko jakiegoś "kitu" do zapchania dziury w książce Pani Piątkowskiej-Stepniak, a jak wszyscy wiemy, taka dziura w dobrej publikacji wypełniona nazwiskiem autora przynosi całkiem niezłe korzyści.

 

A tera będzie śmiesznie (choć być może nie wszyscy mają takie poczucie humoru jak ja) bo "tera " będzie mój "kit"...i tyle.

 

 


Lato 1983 r. Leszek Woźniak rozdaje solidarnościowe ulotki KOS-u na Kurfürstendammie, centralnej ulicy Berlina Zachodniego.

 

 

 

Leszki (Kaleta i Woźniak) na wolności w Berlinie Zachodnim

(Tytuł dodał KED)

 

Miejsce akcji: przejście graniczne Dreilinden (DDR-West Berlin)

Czas akcji: lipiec 1981 r. Za pięć miesięcy skrzydła Czarnej WRONy  zawisną nad Polską.

Didaskalia:

– wiecznie psujący się motocykl "Polskiego Wyrobnictwa"


– marka: WSK "Dudek"

– Nazwa potoczna: WGnK ( Wielkie Gówno na Kołach)


– Typ: CSSCSL-MRSN.… Czy Się Stoi, Czy Się Leży Motor Robolowi Się Należy)

Aktorzy: Leszek i Leszek, za kierownicą Woźniak, za jego plecami Kaleta.


– Kategoria: przyjaciele


– Status: studenci 4-go roku Akademii Rolniczej w Krakowie

Niemy swiadek wydarzeń: połatany plecak marki "Coś Tam"

– Wyrób plecakopodobny.

Rekwizyty:

– 4 pary wyrobów majtkopodobnych

– 6 par wyrobów skarpetopodobnych,

– 4 pary wyrobów koszulo-, względnie spodnio-podobnych 
(zależnie od kierunku padającego światła),

– 1 wyrób namiotopodobny z dziurami do dziur bardzo podobnymi

Buchalteria:

– 100 dolców, udokumentowane źródło pochodzenia waluty: Józek z 4-go roku AR.

Przedmioty nie należące do aktorów:

– 2 wyroby paszportopodobne — własność PRL-u

Dialogi:

Ty, Lechu, czego ten dederon u nas szukał?

— Ja wiem? Pewnie ulotek Solidarności, ku…as jeden! (20 min. później)

Lechu!!!! Berlin! Jesteśmy na weście!!! Rany boskie od lat chciałem…

— Ja pier…olę, ale fury, same merce, no czacha wstaje! Patrz, ku…wa, co za miasto… końca nie widać, co?

— No, ale d...py wszystkie grubaśne… żrą za dużo czy jak?

— Pewnie! Zgrabne są tylko u nas, bo całe żarcie ukradła Solidarność, he, he! …(4 godziny później)

— Ty! Mamy gdzie przekimać, patrz na mapę, tu stoi Z e l t i n g e r  P l a t z, a ZELT to w ichnim szwargocie NAMIOT, no nie?

— To zasuwamy na to pole namiotowe, rozbijamy się i muzyczka gra i buczy! I piwko jak w akademiku, kiedy do pierwszego daleko...po flaszce na 20-cia mord!

....................

Oprawa dźwiękowa: Mało supersoniczne rzężenie "produktu motoro-podobnego", szelest rozbijanego "prawie-namiotu", gulgotanie pierwszego w studenckim życiu "prawdziwego Berliner Kindla" w krtaniach.

...................

Dzień 2-gi. Wczesny świt

Aktorzy: LW, LK, jakiś szkop, jego szkopowa żona, młoda szkopianka.

Dialogi:

— Ty? Czego ten chudy gestapo od nas chce? Zajrzyj w słownik, do cholery!!! Co? Że tu nie wolno spać? Ale możemy u niego w ogrodzie, i obiad też będzie???! Ty! Wcale w dechę są te niemiaszki!!!

4 godź. później… dom szkopów

— Gut obiadek! Danke Pani … Fajne żarcie, co Lechu? A szkopianka może być…

Ciągniemy zapałki?

Dzień 3-ci, ogródek Państwa Gr… … …che

– Wiesz co... 8 marek na stunde – to majątek, i sąsiedzi też chcą, żebyśmy im przekopali działkę, a ten z lewej chce nas do pomocy przy dachu. Jezu! Ile to będzie dolców! Zostajemy chyba na miesiąc, co?

— No pewnie! A potem naszym rzęzidłem do słonecznej Italii! Świat stoi otworem! Niezły miał pomysł ten Lech, że przeskoczył ogrodzenie stoczni*, co?

Miesiąc 2-gi... Haus Familie Gr… … …che

— Jak tak porobimy jeszcze parę miesięcy, to kupimy po oplu i chłopaki w Krakowie się skrecą! Unsere Familie — Gr… … …che super ludzie, roboty od cholery… Ty! Bierzmy dziekankę! Za pół roku zjedziemy i jakoś się te studia skończy...co myslisz?

— Ok. Zostajemy do końca stycznia i już!

13. grudnia, szary świt, radio w domu Gr… … …che bełkocze komunikaty, dochodzą jakieś dziwne dźwięki z kuchni, poszeptywania. Frau Gr… … …che pojawia sie w sypialni "swoich synków z Polski"

— Herr Gott! Leszki...aufstehen! Es gibt Krieg in Eurem Land!!! Aufstehen!!!

 

Świt powoli ustępuje przed nadchodzącym nowym dniem. Ale ta szarość jakoś ustąpić nie chce … i tak już pozostanie … to pozbawione barw, berlińskie sino-granatowe niebo, pełne brudnozłotych, pędzących jakby pod wpływem przemożnego strachu chmur będzie wisieć nad naszymi głowami każdego dnia. Każdego. Przez następne dziesięć lat.

...............

Zmiana miejsca: Ogromna bryła jakby wykutego w brudnoszarym kamieniu gmachu.

Aktorzy: Leszki, jakiś zniemczony facet, wykrzykujacy nie wiadomo co, setki statystów z wypisanym na twarzach przerażeniem.

Oprawa dzwiękowa: Nieludzkie wrzaski, jakieś okrzyki … "Solidarność! S o l i d a r n o ś ć !!! Gdzieś w tłumie słychać płacz, ktoś woła … "K…wa, Maciek! I co my teraz zrobimy!!!" Jakaś młoda kobieta w typowo polskim kożuszku, w ręce plastikowa torba z napisem "Aldi" wtula sie w bezpieczne miejsce na piersi czarnowłosego mężczyzny o twarzy … bez wyrazu, szarej i zastygłej w niemym oczekiwaniu....zupełnie jak ten gmach, przed którym stoimy.

A ja nie mogę oprzeć się przemożnemu wrażeniu, że już kiedyś, gdzieś tam widziałem przecież to wszystko.Totalne déjà-vu!!!

Ale gdzie i kiedy? — Wiem, wiem nareszcie… Spielberg… tak! Film Spielberga! Żydowskie getto… Umschlagplatz… ten rozkrzyczany tłum, płacz i strachem emanujący ludzki kłąb. Machinalnie rozglądam się za dziewczynką w czerwonym płaszczyku, probuję złowić ponuro brzmiące poszczekiwanie zajadłych wilczurów… … A kysz!!! To nie ta bajka …nie ta …

Dialogi:

— Lechu!!! Patrz! Coś się zakłada, zbiera się jakaś grupa… trzeba by… …przecież nie pójdziemy teraz do domu … no… trzeba by…

— Jezu! Wiem przecież!! Ale rodzice… starego wyrzucą z pracy, a reszta rodziny? Zarąbią kogoś na klatce jak Pyjasa na Szewskiej…

— A studia? Wyp … ….dolą nas przecież … nie bedziemy mieli nic … nic!!! Zostaniemy sami, bez domu, bez kumpli …

— Tak wiem… bez języka, bez zawodu, i nawet Dudka nam wyrejestrują …ale srać na to!!! Jakoś to będzie …

— No, pewnie, że tak.

Zakończenie aktu pierwszego.

 

Ostatnia scena pod ratuszem:

 

Dialog końcowy:

- Cześć chłopaki! Jestem Edek, co? Chcecie się przyłączyć?

- No… wiesz… nie chcemy…ale po prostu …musimy … i tyle.

...................................

Ktoś stwierdzi może "Co on pisze? Wciska nam jakieś pseudopoetyckie, nadziewane, prawie ze socpatriotyzmem cukierki w gębę, i jeszcze na deser podsuwa kawałek Holokaustu. Co to za łzawe dziamlanie?

 

A więc panowie, powiem od razu...zostawcie, proszę. Bo to jest moje, tylko moje. I może nazbyt patetyczne. Ale w takiej właśnie formie , gdzieś tam w głębinach duszy sobie zaległo. A więc zostawcie to tak…

 

c.d.n

 

Ciąg dalszy na pewno nastąpi … Bo tak trzeba i tyle! Ale teraz prześpię się ze dwie godzinki, w końcu jest już dziewiąta rano, a ja ciagle jeszcze piszę i piszę. Muszę też wyprasować białą koszulę i krawat, w końcu "idzie się na raut do ambasady", co nie?

 

No i jeszcze przygotować muszę prezent dla faceta, który w końcu nie codziennie dostaje Eisenkreuz RP! Dam mu na odczepnego taki album, stary, bo secesyjny, ale powiem wam w tajemnicy, że i tak mi on na nic i niech się dziadek Klimczak tym cieszy. A co! Sentencję juz wymyśliłem… banalna, ale on się i tak nie pozna.

 

A to będzie tak …

Leszek Woźniak
Berlin, 23.03.2010

*Cała Polska wierzyła wówczas, i wielu wierzy jeszcze do dzisiaj w ubecki mit o tym, że "Bolek" przeskoczył ogrodzenie stoczni. Dzisiaj jest już udowodnione, że Bolka przywiozła do stoczni motorówką ubecja. Przypis - KED.

Odpowiadam na pytanie, czy Czesław Karkowski konsultował się ze mną przed napisaniem eseju o Poglądzie: Nie! Ani on, ani Roman Żelazny nie rozmawiali ze mną słowem na ten temat. — Edward Klimczak.

POWRÓT NA
STRONĘ 
GŁÓWNĄ POGLĄDU